niedziela, 15 września 2019

Warren

      Jacques i jego wysokie mniemanie o Francji ani trochę nie przekonały Warrena do zmienienia poglądów. Co jak co, ale miał wgląd z pierwszej ręki na to, jak we Francji żyje się ubogim ludziom. W jego oczach monarcha był po prostu zbyt zaślepiony swoją wyidealizowaną wizją państwa, aby zwrócić uwagę na zalaną nędzą część ulic i lud. Oczywiście nie potrafił ubrać tego w słowa, które brzmiałyby tak inteligentnie, jak jego myśli, więc postanowił sobie odpuścić temat. I tak by z nim nie wygrał. Poza tym zdawało mu się, że władca nieco się uspokaja. Nie chciał tego zrujnować.
      Zamrugał parę razy na wspomnienie o alkoholu. Cóż, Warren miał na myśli raczej pitną wodę i pytanie o zwykłe spragnienie, ale nie widział też niczego złego, w dostarczeniu Jacquesowi tego o co prosi. W końcu nie robiło mu to żadnej krzywdy. Skinął więc głową i ruszył energicznym krokiem w stronę drzwi. Ponownie odwrócił jednak twarz, gdy doszły go kolejne słowa bladego mężczyzny. Chwilę rozważał długi słowotok zakładnika, próbując go rozpracować. Rudowłosy nie był najlepszy w rozszyfrowywaniu rozbudowanych wypowiedzi, potrzebował trochę czasu. Kiedy jednak doszedł do niego sens zdań Jacquesa, na nowo wyrwał się z transu.
- O. Jasne. W końcu ile można kisnąć w jednej kajucie, nie? - zapytał z lekkim uśmiechem i podszedł do spoczywającego na ziemi mężczyzny. Chwycił go za ramiona i bezceremonialnie pomógł wstać. Huh, władca był mniej kościs ty, niż wyglądał. Może jednak coś różniło go od żywego trupa. Następnie ruszył z powrotem do drzwi, które już po chwili otworzył silnym pchnięciem. Mocna bryza od razu uderzyła go razem z wiatrem. Uwielbiał to uczucie. Czasem zamykał się w kajucie i otwierał ją ciągle i ciągle, tak długo, aż Jay nie zwracał mu uwagi.
      - To ten, znowu. Teraz tak, no, bardziej. Witamy na pokładzie - oznajmił, przekraczając próg i oglądając się za siebie, aby upewnić się, że Jacques ruszył za nim.
Nie trzeba było długo czekać, by Lea doskoczyła do nich, uważnie oglądając nową zdobycz. Zanim Warren zdążył znowu się odezwać, schrypiały głos roznosił się już w powietrzu, zapełniając przestrzeń czymś, co na początku mogło zdawać się monologiem, jednak okazało się licznymi pytaniami. Dziewczyna o miedzianej czuprynie potrafiła mówić naprawdę szybko. Kapitan wyłapał więc tylko parę z nich, takich jak "Czekaj, to serio przyszły władca? Warren, typie, co ty odwaliłeś?", "Jak długo trzymałeś go w worze, wygląda, jakby miał tu zejść" albo "Cholera, o co chodzi z tymi włosami? Chce takie włosy. Jak mieć takie włosy?". Klasyczna Lea. Upierdliwa, ale nieszkodliwa, toteż na razie Warren miał zamiar zająć się innymi.
      Rozejrzał się po pokładzie. Szybko zlokalizował niewielką sylwetkę, częściowo schowaną za masztem. Świetnie. Uśmiechnął się i wskazał w jej stronę palcem.
- Enzo! - Wystraszona chłopaczyna drgnęła na dźwięk swojego imienia, ale wychyliła głowę. - Przynieś rum!
Nie kwestionując rozkazu, brunet pokiwał głową i szybko ruszył w stronę zejścia do podpokładu. Ah, słodki Enzo. On jako jedyny słuchał się Warrena. W zasadzie słuchał się wszystkich i gdy dostawał dwa rozkazy, raczej skłaniał się do tych Jaya, ale...Teraz słuchał się Warrena! Pokazywał się z dobrej strony. Dopóki oczywiście w jego idealne rządy nie wciął się racjonalny przyjaciel.
      - Rum? Chcesz po prostu częstować go rumem? - zapytał pewien wątpliwości, przenosząc wzrok z piegusa na dalej trajkotająca Leę oraz Jacquesa. Nie dało się nie zauważyć, że traktował ich zakładnika jak kolejny problem w ich życiu. Warren wzruszył ramionami.
- Ta, czemu nie? - odparł, ponownie przeciągając się i rozglądając po statku. Coś mu tu nie pasowało. Szybko uświadomił sobie co. - Lea?
- Aha? - Dziewczyna chwilowo przerwała wywód pełen pytań, jak i uszczypliwości w stronę właściwie całego świata.
- Jesteś tu. A kotwica zwinięta. Kto jest za sterem?
- Szlag - rzuciła prędko, chwytając się barierki i zwinnie wskakując na nadbudówkę. Następnie jak najprędzej pognała do steru. Już po chwili statkiem zarzuciło lekko w prawo. Warren podrapał się po głowie i spojrzał na swojego zakładnika. Chciał upewnić się, że ten jeszcze się trzyma. Uśmiechnął się przepraszająco, czując, że przygoda Jacquesa na statku nie zaczęła się obiecująco. Może mógł jeszcze jakoś to naprawić?

Jacques

                              Do Jacques'a już dotarło z jakim typem rozmówcy ma do czynienia. Lekceważący, ten sławny "lekkoduch". Nie był fanem takich ludzi, ale może to przez to, że nigdy nie poznał ich za wielu?.. Sam nie był w stanie tego stwierdzić. Całe życie otaczał się poważnymi ludźmi, od czasu do czasu spotykał tych bardziej rozluźnionych, którzy więcej cieszyli się z życia niż inni. Właśnie takiego pamiętał Phillipe'a. Kogoś z podejściem całkowicie odmiennym od niego. Może właśnie to spowodowało, że obdarzył go takim silnym uczuciem? Przekonała go świadomość, że jest kompletnie inną osobą, z kompletnie innym podejściem do życia. Dobrze wspominał ich ucieczki z pałacu, aby posiedzieć tylko we dwoje w królewskich ogrodach, uciekając przy tym przed wściekłymi strażnikami. Strasznie za tym tęsknił. Prawdę mówiąc, to Jacques wręcz umierał z tęsknoty, ale nie dawał tego po sobie poznać. Nauczył się z tym żyć i do perfekcji opanował ukrywanie takich emocji. Jego ojciec zawsze powtarzał, że miłość czyni władcę słabym. Że uczucia osłabiają jego autorytet. Książę nie do końca się z tym zgadzał, ale uważał te słowa za mądre i brał z nich przykład. Za swoich prawdziwych nauczycieli nigdy nie uważał tylko ludzi, którzy przyjeżdżali z różnych stron Francji, aby nauczyć go pewnych umiejętności. Kształtowało go życie i ból, który mu zadano przez tyle lat.
                              Wracając do rozmowy, słowa Warrena tylko utwierdziły Jacquesa w przekonaniu z jakim ignorantem teraz rozmawia.
                              — Francja? Zniszczona? Nigdy nie potrafiłbym określić swojej ojczyzny takimi obrzydliwymi słowami. Francja od kilkuset lat jest rządzona przez wspaniałych władców i nigdy nie ośmieliłbym się nazwać ją "zniszczoną". Nie jest idealna, ale jest ogromnym mocarstwem, potęgą! Ech, zresztą, nie jesteś osobą, z którą chciałbym o tym rozmawiać. Byłeś kiedyś w stolicy? Pewnie nie, skoro mówisz takie okropne rzeczy. Nie będę zmieniać twojego rozumowania, im szybciej zasiądę na tronie tym szybciej je zmienisz — uśmiechnął się smutno. Nie był pewien czy kiedykolwiek jeszcze postawi nogę na lądzie. Nie mógł ufać słowom tego pirata, że to tylko czasowe rozwiązanie. Jacques próbował mieć w sobie jak najwięcej wiary, ale z każdą chwilą jej ubywało. Na pewno nie pocieszyło go to, że jego oprawca to wszystko nazwał "biznesem".
                              — Pfff, "biznes" — prychnął i odwrócił głowę od pirata. Wcześniej starał się patrzeć rozmówcy w oczy, ale czuł się za bardzo poniżony swoją aktualną pozycją i tym, że był związany. I rzucony na ziemię po swoim ostatnim buntownicznym akcie. Trochę się powiercił, chciał ułożyć się tak, aby chociaż trochę było mu wygodnie, ale stare, zimne deski, na których siedział nie ułatwiały mu zadania. Nie robiła tego też lina, teraz może i związana luźniej niż wcześniej, ale ciągle krępowała ruchy księcia. Zapewnienia Warrena trochę podniosły Jacquesa na duchu. W sumie to nie wiedział dlaczego, przecież kompletnie nie ufał temu człowiekowi, zresztą miał do tego dobre podstawy. W końcu go porwał, nie? Chyba, tak po prostu, potrzebował usłyszeć coś dobrego. Dobrego, biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znajdował, bo w jego porządku dziennym takie słowa nie były zbyt pokrzepiające.
                              — Wina, nie wiem, cokolwiek co tutaj macie, bo nie oczekuje alkoholu z wysokiej półki — odpowiedział na pytanie. Jak już proponują mu coś do picia, to skorzysta z okazji, aby choć trochę odpłynąć dzięki procentom, bo na trzeźwo nie jest w stanie tu wytrzymać.
                              — Nie narzekałbym też na wyjście z tego obskurnego pomieszczenia. Nie chce nawet wiedzieć ile czasu leżałem na tych obrzydliwych deskach. Nie wspominając już o tym, kiedy ostatnio zaczerpnąłem się świeżym powietrzem i widziałem jakieś światło. Bo niestety, ale trochę tutaj jest ciemno. Wiesz, od czasu do czasu muszę wyjść na zewnątrz, dobrze to służy mojemu zdrowiu.

Warren

      Warren niekoniecznie rozumiał słowa, które się do niego wypowiadało. Cóż, w większości wypadków rozumiał może trzy na zdanie. Kontekst opierał raczej na całości i brzmieniu tonu. Po tych dwóch mógł się domyślić, że nawet jeżeli stara się być najmilszy jak w obecnej sytuacji tylko się da, niewiele działa to na księcia, którego dalej wypełnia furia. No tak, sprawa rzeczywiście była dość poważna. Warren o tym wiedział, oczywiście. Mimo wszystko wcale nie był taki głupi, na jakiego wyglądał. Miał w tym jednak swoje cele, nie mógł nic na to poradzić. Obiecał sobie, że będzie dbał o swoją załogę. O swoją rodzinę. Grabieże ostatnio nie przynosiły wielkich zysków, a nawet piraci mają swoje wydatki. Musiał znaleźć coś bardziej dochodowego.
      Nie wyłapał takich słów jak "środek kryzysu". W sensie, wiedział co to kryzys, ale nie był pewien czy chodzi o ten sam kryzys, bo nie miał pojęcia jak coś niematerialnego może mieć środek. Kompletnie nie rozumiał też czym była "anarchia", ale sądząc po tonie Jacquesa, nie było to nic dobrego.
- Francja jest bardziej zniszczona, niż myślisz - mruknął jedynie w odpowiedzi. To nie tak, że nienawidził tego miejsca. Mimo wszystko poznał na lądzie mnóstwo ludzi, niektórych wspaniałych, niektórych trochę mniej. Miał też mnóstwo frajdy, ganiając po zatłoczonych uliczkach, wywijając psikusy, podpuszczając Enzo. I nigdy nie narzekał na swoje życie. Może ze względu na to, że nie znał niczego lepszego. Po wejściu na statek zdążył jednak zauważyć jak działa świat. Istnieli na nim ludzie z wyższymi standardami, nieżyjący w nędzy. Był to dla niego szok. I mimo tego, że dalej nie narzekał na wspomnienia, które wyrobił sobie w starych, (nie)dobrych slumsach, nie mógł czasem powstrzymać myśli, że to po prostu nie fair. Kompletnie nikt nie przejmował się dzieciakami wystawionymi na trudności funkcjonowania w biedniejszych ziemiach. Właśnie dlatego został piratem, żeby coś zmienić, żeby wyrwać się z tej miernoty, nie tracąc wolności i swobody jak ci cali szlachcice.
      Władca przeszedł wkrótce do gróźb. No tak, tego kapitan także się spodziewał. Nie sądził jednak, że po tym, jak oddadzą króla, ktokolwiek zdoła ich doścignąć. Racja, jeszcze nie do końca wiedział, jak dokładnie pokieruje akcją, aby wszystko wyszło na ich korzyść, ale przecież miał jeszcze trochę czasu. Jak to mówią, najlepiej działa się pod wpływem presji. Albo słuchając swojego mądrzejszego przyjaciela. Tak, Jay na pewno miał zamiar coś wymyślić. Wkrótce pojawiły się też pytania.
- Mówiłem, że nic osobistego. Byłem w okolicy, byłeś w okolicy, złapałem cię, biznes - oznajmił. Wypowiadanie tych słów było dla niego trudniejsze, niż się zdawało. To nie tak, że był typem osoby, kompletnie pozbawionej wyrzutów sumienia. Wręcz przeciwnie.
      Warren oparł łokieć na kolanie, następnie kładąc lekko przechyloną twarz na swojej dłoni. Parę pojedynczych kosmyków przesłoniło mu oko, jednak wlepił wzrok w mężczyznę, który mimo łagodniejszego głosu, dalej mordował go wzrokiem. Zastanawiał się, jak długo potrafił zostać w takim grymasie i czy nie bolała go od tego twarz. W końcu jednak trochę się rozbudził, wzruszając lekko ramionami.
- Muszę to jeszcze rozkminić. Ale spoko, masz pewność, że póki rządzę tym statkiem, Jay cię nie dorwie i nie wywali za burtę - odparł pół żartem, pół serio. Jayden i Warren mieli jeden cel, ochronę załogi. Ich metody jednak różniły się diametralnie. Szatyn najchętniej pozbyłby się problemu, skazując Jacquesa na łaskę losu. Natomiast rudy młodzieniec miał zamiar wziąć odpowiedzialność za swojego zakładnika i naprawdę nie chciał go krzywdzić. Nie był potworem, nie atakował bez powodu. A obecnie żadnego nie miał.
      Po chwili podniósł się z ziemi. Przeciągnął się i spojrzał z góry na księcia. Trochę czasu minęło odkąd zaciągnęli go na statek.
- Um, w ogóle - przerwał niezgrabnie ciszę. - Chce ci się pić? Czy coś? Nikt z nas nie chce trupa na pokładzie.

Jacques

                               Niestety jego plan ucieczki stał się niemożliwy szybciej niż myślał, bo pirat jednym szybkim ruchem przycisnął go do ściany i ponownie związał. Jacques nie miał nawet szansy zareagować, wszystko działo się dla niego za szybko, a przyzwyczajony był raczej do pojedynków z klasą. Gdzie wszystko dotyczyło się według zasad i postanowień, ale surowe przepisy nigdy nie zaburzały dynamiki walki.  Osobiście zawsze uwielbiał wszelkiego rodzaju treningi czy tęz jazdę konną. Aktywność fizyczna i trochę przemocy zawsze odrywały go od nudnej codzienności i obowiązków, naprawdę odnajdywał w tym radość.
                               Nie mógł uwierzyć w tego rudego mężczyznę i w to co mówi, bo według przyszłego króla było to po prostu żałosne.
                               — Czekaj, "miły"? "Miły", tak? Wraz ze swoją ekipą porwaliście przyszłego władcę w, przypominam, bo może nie wiesz, środku kryzysu! Nikt nie wie gdzie jestem, Francja nie ma władcy i pewnie, znając życie za parę dni na ulicach będzie panowała czysta anarchia, a WY ryzykujecie to wszystko dla jakiś pieniędzy? — był oburzony. Okropnie. To wszystko było takie nieodpowiedzialne. Coraz bardziej sam się za to wszystko obwiniał. Gdyby pozostał w pałacu może nic by się nie wydarzyło i wszystko skończyło by się na spokojonie jego koronacją? Nie ma co gdybać, mówił do siebie. Starał się przekonać, że ucieknie stąd i przejmie władzę we Francji, dla jej dobra i dla jego ojca. Dla Philippe.. Obiecał mu to.
                               Rudy mężczyzna usiadł przed Jacquesem po turecku, a jemu nie pozostało nic innego jak przeszycie pirata spojrzeniem pełnym nienawiści. Nikt nigdy nie irytował go tak bardzo jak ta śmieszna osoba, siedząca tuż przed nim. Starał się patrzeć mu prosto w oczy, ale ten szybko się odwrócił. Aha, no nieźle. Po chwili książę usłyszał coś czego się nie spodziewał, że usłyszy. Teraz mu się przedstawia? Nie wybrał sobie najlepszego momentu, bo Jacques poczuł, że właśnie opuszczały go resztki empatii.
                               — Warren, świetnie. Także, kapitanie! Obiecuję ci, że jak tylko się stąd wydostanę to pierwsze co zrobię to naślę na ciebie i twoją drużynę całą artylerię francuską. — hej, może trochę przesadził, ale trochę agresji jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie w tym momencie, kiedy naprawdę nie potrafił się uspokoić, a w głowie ciągle miał jedno - Francję.
                               — Nie mogliście porwać kogoś innego? Naprawdę, w pałacu jest pełno ludzi, których nie cierpię, a na pewno znaleźliby się tacy, co zapłaciliby za nich niezłą sumę — dorzucił po tym, schodząc trochę z groźnego tonu. Dalej jednak zachował swój agresywny i całkiem nieprzyjemny wyraz twarzy. Na pewno nie należał do tych niesamowicie agresywnych typów, ale do miłych też raczej nie. Jego decyzje były rozsądne, wiele razy słyszał, że jest dobrym strategiem i lubiał się tym chwalić. Oczywiście przez czyny, nigdy nie należał do tych co się chwalą byle czym przez same słowa.
                              Jacques usłyszał w tle jakąś kobietę. Domyślał się, że na statku znajduje się jeszcze kilka osób. Nie wiedział niestety jakiej wielkości jest okręt i ile jest na nim ludzi. Aktualnie znał tylko to małe pomieszczenie, którego zdecydowanie nie polubi i na pewno do końca życia będzie je źle wspominał.
                              — Co planujecie ze mną zrobić? Mam tu siedzieć dopóki ktoś mnie nie znajdzie czy jaki macie plan? Bo moment na porywanie księcia to wybraliście sobie tragiczny — czekając na odpowiedź, Jacques znalazł chwilę, aby poprzyglądać się szparom w nieszczelnych deskach. Żył w nadziei, że uda mu się zobaczyć jak wygląda reszta statku, ale niestety jedyne co ujrzał to kosmyki włosów jakiejś panny.

Warren

     Warren spotykał się czasem ze zdaniem, że przez jego ideologię jest okropnie łatwowierny. Zawsze kręcił wtedy głową, zapewniając wszystkich dookoła, że świetnie wie co robi. W jego słowa wierzyła tylko jedna osoba. On sam. Jak można się domyślić, bardzo często słono za to płacił. Nikogo pewnie nie zdziwiłaby więc historia o tym, jak zaraz po rozwiązaniu swojego zakładnika, poczuł parzący ból, który zalał jego policzek. Osunięcie szczęki spowodowało, że jego zęby zacisnęły się na dolnej wardze, przez którą po chwili także przepłynął strumień boleści. Z osłupieniem popatrzył na Jacquesa, czując w ustach metaliczny posmak. Prędko zmarszczył brwi i chwycił mężczyznę za blady nadgarstek.
- Typie, byłem na serio miły! - oznajmił oburzony. Zgrabnym, skupionym ruchem, odbiegającym daleko od jego dotychczasowej ekspresji, wykręcił rękę napastnika, przyciskając go do ściany. Natychmiastowe i skuteczne obezwładnienie. - A chciałem to odpuścić - mruknął pod nosem, na nowo oplątując nadgarstki Jacquesa. Dalej nie pochwalał tego sposobu, ale nie był pozbawiony szarych komórek. Najwidoczniej na obecną chwilę nie dało się inaczej. Zadbał jednak o to, by splot nie był tak silny, jak wcześniej. Jay przesadzał z zaciskiem liny. Była różnica, między plątaniną zaciśniętą na chama siłą a solidnym, dobrze skonstruowanym supłem. Mówił już, że jest mistrzem supłów?
     Oparł blondyna o ścianę i odsunął się od niego. Przetarł wargę, z której krople krwi zdążyły opaść już na brodę. Przeklął cicho pod nosem, siadając po turecku na ziemi, dokładnie na wprost swojego jak-sądził-jeńca-teraz-oprawcy. Spojrzał na niego, odrobinę nadymając policzki i krzyżując ręce na piersi. Ból dalej piekł zaczerwienioną część jego twarzy. Szczerze powiedziawszy, jakoś bardzo mu to nie przeszkadzało. Takie bitki na pokładzie były u nich na porządku dziennym. Chyba że wściekła była Lea. Ona jeszcze gryzła. Była jednak różnica, między bijatyką podczas małej sprzeczki a niespodziewanym atakiem kogoś, z kim próbujesz postępować najuprzejmiej, jak potrafisz. Może nie były to szczyty uprzejmości, jaką mógł znać władca, ale Warren naprawdę się starał!
- Niefajnie. Serio, niefajnie - znowu burknął pod nosem, odwracając twarz, zupełnie jak obrażone dziecko.
Próbował zrozumieć, co zrobił źle. Załatwił mu ciepłe powitanie, postanowił zachowywać się miło, naprawdę nie musieli być wrogami! Jasne, nie liczył na wielką przyjaźń z jego, jakby nie patrzeć, ofiarą, ale po co to całe nienawistne nastawienie. Przecież nie obrabował mu statku ani nic. Uh. Jedyna rzecz, której nienawidził bardziej niż ograniczanie jego wolności, to inni piraci, nierozumiejący jak działa ten biznes. Władca zdecydowanie jednym z nich nie był, więc...Chyba że... Nagle go olśniło. Jacques wyglądał na osobę, która nie znosiła braku kultury. Warrenowi wydawało się to logiczne. Więc jednym z błędów pirata musiało być... Nie przedstawienie się! Od razu się ożywił i zwrócił się ponownie w stronę mężczyzny. Oczywiście chciał mu dać znak, że dalej jest urażony jego aktem, ale drobny uśmiech wplątał się na jego piegowatą twarz.
     - Jestem Warren. Kapitan Warren. Raczej parę dni będziesz się razem z nami bujał, także, gdyby coś ci nie pasowało, wołaj Warrena - oznajmił, mrugając do niego jednym okiem. Szybko jednak pokręcił głową i na nowo przybrał obrażoną minę. - Poza sprawą liny. Już ci nie zaufam.
- Oj zaufa! - Nagle zza drzwi dobiegł ich kobiecy głos, pozostawiający w swoim brzmieniu typową chrypę. Warren gwałtownie odwrócił głowę i spojrzał na nieszczelne, stare deski. Wredna podsłuchiwaczka! Chwycił pierwszą, lepszą rzecz -  tak się składa, że był to kozak, leżący gdzieś nieopodal - i rzucił nią w drzwi. Huk wypełnił pomieszczenie, gdy but spotkał się z drzwiami.
- Wypad Lea! - odkrzyknął. Odpowiedziały mu śmiech i szybkie kroki, sugerujące oddalenie się intruza. - Ona tak zawsze. Przywykniesz. Zresztą to tylko na chwilę.
Próbował choć trochę podnieść na duchu Jacquesa. Nie chował długo urazy, mimo pieczenia, zdążył już o niej zapomnieć.

Jacques

                  Bardziej dziecko morze niż Francuz? Co jest z tym człowiekiem? Jacques nie potrafił zrozumieć takiego braku poczucia przynależności do danej narodowości. Sam był patriotą, bo ciężko by było gdyby było inaczej. Dobro jego kraju było zawsze priorytetem, zresztą tego od niego oczekiwali. Jako przyszły władca musiał stawiać ponad swoje dobro, dobro państwa i ludzi. W pewnym tego słowa znaczeniu utożsamiał się z kapitanem statku, na którym pokładzie się znajdował. Oboje martwili się o swoich ludzi, chociaż w przypadku Jacquesa - przyszłego króla Francji było ich trochę więcej. Starał się wykazać odrobiną empatii w stosunku do rudego, ale przychodziło nu to z trudem. Wyjątkowo ciężko było mu oprzeć się chęciom zastosowania przemocy wobec kapitana i nawet nie starał się temu postawić. Był okropnie zbulwersowany tym co się stało, że w czasie największego kryzysu został tak bezczelnie uprawodzony ze swojego własnego ogrodu. Zwątpił też w skuteczność jego straży, która najwidoczniej w momencie zagrożenia znalazła sobie coś lepszego do roboty. Jak wróci do domu to na pewno od razu ich ześle na egzekucje. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek uda mu się wrócić do domu. Momentalnie posmutniał na myśl o pałacu, miejscu potocznie przez niego nazywanym domem, ale też jedynym miejscu, w którym czuł się swobodnie i komfortowo. Brakowało mu tego teraz. W końcu ciężko jest się czuć dobrze, gdy jesteś związany jakimś sznurem. Porządnie związanym. Bardzo. Jacques czuł, że na jego delikatnych nadgarstach pozostaną sine ślady.
               Szczerze nie spodziewał się, że rudowłosy od tak go rozwiąże. Zdążył zauważyć, że ten mężczyzna jest nieprzewidywalny i pełen niespodzianek, ale podjęcie takiej pochopnej decyzji nawet mu przez głowę nie przeszło. Nie narzekał. Gdy tylko poczuł, że rudy poluzywał jego związane ręce, a chwilę później całkowicie uwolnił go z uścisku, nie wahając się ani przez moment uderzył go z całej siły. Wzrostowo byli podobni, wagowo też, ale Jacques domyślał się, że jego oprawca ma więcej doświadczenia w walce na gołe pięści. Nie liczył na wiele, bo wiedział, że pojedynku nie wygra, ale po prostu miał ochotę to zrobić. Uderzyć tego idiotę najmocniej jak potrafił.
               -  Kurwa - rzucił krótko od razu po uderzeniu. Próbował odwrócić się, spróbować jakiejś nieudolnej ucieczki, zrobić cokolwiek, aby się wydostać, ale niestety nie było mu to dane. Musiał zostać na tym cholernym statku.

Warren

     Warren sądził, że jego znajomość poprawności języka francuskiego wcale nie była taka zła. Jak na standardy, w których się wychowywał, rzeczywiście nie była. Mimo to zawsze gdy natrafiał na swojej drodze na wszelkiego rodzaju kupców bądź arystokrację, przypominał sobie w jak wielkim błędzie żył. Nie były to częste spotkania, toteż nie zakorzeniło mu się to w głowie, ale...W obecnej chwili czuł się onieśmielony mową członka rodziny królewskiej. Tak naprawdę niektórych słów nie wyłapywał i domyślał się, co oznaczają jedynie z kotekstu, jednak jedno wiedział. Brzmiały pięknie. Nieczęsto tak zatrzymywał się nad pięknem rzeczy, sądził, że są w życiu ważniejsze rzeczy do roboty, a on sam miał o wiele za wiele energii na takie chwile. Mimo tego, słowa jeńca brzmiały jak recytacja legendy i mógłby ich słuchać długo. Nawet jeżeli jego mówca nie wyglądał na nadmiernie zadowolonego.
     - Jestem raczej dziecko morza niż francuz ale... - Zanim dokończył zdanie, blondyn odezwał się na nowo. Warren zamrugał parę razy, próbując zrozumieć, czym była sekwencja słów, która właśnie padła z ust mężczyzny naprzeciw. Jacques Lou...No tak! - Okey, Jacques - skwitował, kompletnie ignorując resztę członów, których i tak nie byłby w stanie zapamiętać. Te wszystkie nieistotne tytuły królewskie i "nazwiska". W oczach Warrena zawsze były jakimś nieziemskim, niepotrzebnym wynalazkiem. Jay próbował mu kiedyś wytłumaczyć, dlaczego są istotne w wyższych sferach, ale dla mózgu piegusa dalej pozostawały one zagadką.
Obudził się na wspomnienie o linie. Jasne, że akt związania Jacquesa był kompletnie lekceważący, od samego początku to powtarzał. No, może w zupełnie inny sposób, ale znaczenie było to samo.
     - Mógłbym - rzucił beztrosko, zbliżając się i klękając przy mężczyźnie. Gdy tylko zobaczył jego twarz z bliska, mógł śmiało stwierdzić, że...To ciało nie ma sprawa żyć, naprawdę. Trupia bladość była kolejną zagadką, którą Warren mógł sobie dodać do listy. Zaczął się zastanawiać czy to w ogóle zdrowe. Przeszło mu przez myśl, że ma do czynienia z jakimś widmem, ale przecież wtedy Jacques już dawno mógłby wyrwać się z uścisku szorstkich lin. Pirat chwycił gruby splot, a następnie w parę sekund pozbył się solidnych supłów. Nie chciał się chwalić, ale był specjalistą od supłów. No dobrze, może trochę chciał się chwalić, ale nie w tej okazji.
- Jayden rozwiązywałby cię dwa razy dłużej
W porządku, chwalił się.

Jacques

                  Niewiarygodne. Do Jacquesa nie potrafiło dojść to co się teraz dzieje. Ten śmieszny pirat, który wymachiwał rękami jak szalony, mówiąc przy tym jakieś dziwne niezrozumiałe rzeczy był dla niego czystą abominacją. Książę nie potrafił go czasami zrozumieć przez to jak się wypowiadał. Wyczuwał też jego lekceważący ton, który niesamowicie go irytował. Szczerze mówiąc, to nie wiedział jak zareagować na to co się dzieje. Na pewno nie spodziewał się tego, że tak nagle zostanie mu wszystko wytłumaczone. O co tu chodzi i co to za ludzie? Śledził wzrokiem dwójkę mężczyzn, oczywiście nie rezygnując ze swojego pełnego pogardy spojrzenia. Przez chwilę myślał, że się przesłyszał. "Rozkaz kapitana"? Ktoś taki kapitanem? Był w szoku, na pewno nie widział takiej osoby w roli kogoś dowodzącego. Najwidoczniej świat zagwarantował mu jeszcze wiele niespodzianek. W ciszy obserwował całą sytuację, nie chciał się odzywać. Chciał pokazać autorytet rzekomemu drugiemu autorytetowi. Przy okazji bliżej przyjrzał się rudemu. Przez jego opaloną skórę można wywnioskować, że dużo czasu spędza na zewnątrz. Całe życie na statku, huh. Całkowite przeciwieństwo skrajnie bladego Jacquesa, który najpewniej spłonąłby na takim słońcu. Był typem domatora, wolał siedzieć w pałacu niż błąkać się poza nim. Zresztą nawet, jeśli by chciał nie miał za często takiej okazji. Zawsze towarzyszła mu straż, większa czy też mniejsza grupka. Czasami jedna osoba, czasami pięć. Z reguły męczące, ale dało się przyzwyczaić. W pałacu za to mógł spędzać czas w samotności co odpowiadało mu najbardziej. Nie był typem towarzyskim, więc nie posiadał wielu przyjaciół. Większość życia spędził z Philippem. Philippem, którego zielone oczy śniły się Jacquesowi po dziś dzień. Oczy przepełniony olbrzymim smutkiem, kiedy miał szanse ostatni raz w nie spojrzeć.             Cholera..
                      Jacques miał wrażenie, że wyłączył się na chwilę, ale gdy tylko usłyszał te głupoty z ust rudowłosego od razu obudził się, oburzony, niemiłosiernie.
                       — Słucham? Mam rozumieć, że jako obywatel francuski nie znasz imienia swojego władcy? Nie będę wspominał o tym, że aktualnie swoimi czynami dopuściłeś się zdrady stanu, ale to? To.. to jest po prostu lekceważące.. — zawiedzony? smutny? Nie. Sam nie wiedział. Był po prostu zszokowany i ta emocja przesiąkła go kompletnie. Pokręcił głową z niedowierzeniem i głośno westchnął.
                       — Jacques Louis de Nogaret de la Valette. To skandal. To wszystko co się dzieje, niewiarygodne — spojrzał na pirata pytająco. Nigdy nie spotkał się z takim typem człowieka i w tym momencie cieszył się, że tyle lat żył w nieświadomości.
                       — Co do liny to faktycznie to odrobinkę lekceważące. Nie mógłbyś jej ściągnąć? — książę właśnie znalazł swoją szansę. Może nie do ucieczki, bo będąc na środku morza nie miał za bardzo gdzie uciekać. Ale to była jego szansa na przynajmniej potraktowanie tego idioty tak jak powinien być potraktowany. Dziękował swoim nauczycielom, którzy nauczyli go walczyć. Aktualnie myślał tylko i wyłącznie o uderzeniu tego człowieka, bo tak naprawdę nie wiedział co ma robić. Czekać na pomoc? Wcześniej mówili coś o pisaniu listu, ale czy we Francji potrakują tę prowokację poważnie? Teraz, gdy Francja się smaży w ogniach chaosu, najmniejszym zmartwieniem władzy jest książę, którego i tak planowali się pozbyć. Jacques miał wrażenie, że już nigdzie nie należy. Posiadał tylko tytuł i resztki władzy, które pozostały mu po ojcu, ale postanowił sobie coś. Wróci na sam szczyt. Po ofiarach, nieważne. Na pewno zjednoczy Francję i stanie na jej czele. Nie zważając na konsekwencje.

Warren

   Słysząc władczy ton, Warren uniósł ręce do góry w geście obrony. Cóż, nie liczył na to, że porwany będzie zadowolony, ale nie sądził też, że tak szybko ogarnie się do wściekłości. A tu proszę. Nawet gdyby stał daleko stąd, czułby spojrzenie, które obecnie świdrowało go na wylot. Poczuł delikatne szturchnięcie. Spojrzał oskarżycielsko na łokieć szatyna, który nie spuszczał oka z jeńca. Najwidoczniej Jay próbował zachęcić go do mówienia. Warren przeciągnął się, po czym położył wcześniej uniesione dłonie na biodrach.
    - No dobra. Więc. Jesteś na naszej łajbie, ale to już pewnie zdołałeś rozkminić. Tak się składa, że akurat byłeś lajtowym celem, to... - Nagle kolejne szturchnięcie. Prędko obrócił się do szatyna, tym razem posyłając oburzone spojrzenie jego całej sylwetce. - No co?!
- Nie możesz tak po prostu mu wszystkiego tłumaczyć, to zakładnik!
Warren przewrócił oczami. W jego filozofii nawet zakładnikom należała się odrobina humanitarności. Kochał Jaya jak brata, ale mieli dość odmienne poglądy. Nie rozumiał, kiedy stał się taki "odpowiedzialny" i "rozsądny". Nie to, że nie był mu wdzięczny. Wiele decyzji, które podejmował, uratowało nieraz całą załogę. Były jednak rzeczy, które młody kapitan wolał robić po swojemu. Na przykład rozmowa ze swoimi jeńcami, na swój własny sposób.
    Chwilę zastanowił się, co powinien zrobić z tym fantem. Dobrze znał Jaydena, wcinałby mu się w każde zdanie. Jak już wspominał w swoim myślowym monologu, doceniał to, naprawdę. Jay był wodą, która gasiła żywy ogień Warrena, potrzebował takiego stabilizatora. Tylko czasem o tym zapominał. Na przykład w momencie porwania przyszłego władcy. Albo w momencie toczącej się obecnie akcji.
- Jay, wypad z kajuty - oznajmił, nie szczędząc się na żadne ładne słowa. Mężczyzna posłał mu spojrzenie mające być komunikatem w stylu "chyba sobie żartujesz". Przynajmniej tak odczytał to Warren, który w odpowiedzi pokręcił głową. - Rozkaz kapitana
    Cóż... Nauczył się, że te słowa wcale nie znaczył za wiele dla jego załogi. Na ogół był przez nich lekceważony. Obiecał sobie, że pewnego dnia zdobędzie autorytet, nie niszcząc swojej idei "zarówno kapitan, jak i kumpel". Na razie nie do końca mu to wychodziło. Nie mógł więc ukryć zdziwienia, gdy jego bosman posłał mu zmartwione spojrzenie, następnie rzeczywiście opuszczając kajutę. Tego dnia sukcesy zdecydowanie trzymały się Warrena. Jedyne co pozostało mu do zrobienia, to uwiedzenie nieziemskiej syreny i nieskończenie jako jej potrawka lub odnalezienie jakiegoś mitycznego skarbu. Ah, no i rozmowa z jeńcem. Jeszcze rozmowa z jeńcem. Odchrząknął, kładąc dłoń na piersi.
    - Jak mówiłem. Witamy na pokładzie. Wiesz, w sumie to nic osobistego. Potrzebujemy trochę kasy, więc jesteś na statku. Nabazgrzemy jakiś list, pitu pitu, dostaniemy okup i wracasz do siebie - wyjaśnił chaotycznie, lecz według samego siebie (i nikogo innego) dość zgrabnie. - Ta lina. Cholera, sorki za tę line. Mówiłem Jay'owi "weź, to przesada", ale gadał swoje. Kumasz Je...Ja...Czekaj, jak się nazywałeś?
Chłopak uśmiechnął się głupawo, chcąc załagodzić jakoś sprawę. Kto powiedział, że rozmowa z pojmanym musiała być szorstka i niemiła? Póki zbyt nie skakał mu do gardła, nie widział sensu odpłacania się tym samym. Głupio wyszło z tym imieniem, jakby nie patrzeć to przyszły władca jego narodu, ale chłopak tłumaczył się tym, że dawno nie było go na lądzie. Zresztą, określiłby się jako kosmopolita, gdyby tylko znał to słowo. No i nie przykuwał uwagi do polityki. Jedyne wieści, jakie go doszły to martwy król. I dokładnie na tym postanowił się skupić.

Jacques

                      To miał być zwykły dzień. Chociaż czy podczas takiego zamętu jakiś dzień mógłby być zwykły? Od kiedy król - jego ojciec, został perfidnie zamordowany, a jego śmierć ukartowana przez opozycję, wszystko się zmieniło. Ludziom zostały wmówione jakieś kłamstwa, o chorobie czy innych absurdach, które nie mieściły się Jacquesowi w głowie. Wiedział, że on będzie następny. Ci ludzie będą chcieli pozbyć się go zupełnie w taki sam sposób jak jego ojca. Dlatego chciał jak najszybciej objąć władzę, aby pokrzyżować ich plany i wygnać ich z kraju jak najszybciej. Niestety do koronacji zostało jeszcze dużo czasu, chociaż Francja bez króla chyli się ku upadkowi dwa razy szybciej. Zamieszanie i chaos jakie powstało po śmierci władcy było nie do opanowania, a książę nie poradzi sobie z tym w pojedynkę. Milion myśli na minutę, próbował wymyślić coś, aby zaradzić tym problemom - jednak bez skutku. Był zrezygnowany, aczkolwiek nie tłumił w sobie nadziei. Jego priorytetem było przejęcie władzy i ustawienie wszystkiego do pionu.  Głośno westchnął, myśląc o tym wszystkim. Nie wiedział czy da radę. Tak naprawdę nic nie przygotowało go na taką sytuację. Od dzieciaka był wychowywany na przyszłego władcę, ale nikt nie ostrzegł go przed tym, że będzie w tym zupełnie sam. Przyzwyczaił się do tego, że ma tylko ojca, a teraz po jego śmierci był zagubiony. Nie miał w nikim wsparcia, nie wiedział komu ufać.
                      W takich chwilach chciał być sam. Ale co go zmusiło, żeby w takiej sytuacji wychodzić z pałacu? Miał ochotę na krótki spacer, przewietrzenie umysłu, uspokojenie się. Nie spodziewał się, że nagle straci przytomność. Nic nie pamiętał. Poczuł tylko ból z tyłu głowy i w moment zrobiło mu sie czarno przed oczami. Czy to właśnie ten moment, na który czekała opozycja? Czuł  tylko, że ktoś go niesie, a dalej tylko - ciemność. Stracił przytomność.
                      Obudziły go nieznajome głosy. Powoli otworzył oczy, a pierwsze co zobaczył to dwóch nieznajomych mężczyzn. Nie widział za dobrze, światło raziło go w oczy, więc nie mógł ocenić ich aparaycji. Nie wiedział ile był nieprzytomny. Kilka godzin? Kilka dni? Miał tyle pytań. Rozejrzał się orientacyjnie po dość obskurnym pomieszczeniu. Wzdrygnął się na myśl, że właśnie ma kontakt z tą brudną podłogą, a na jego twarzy pojawił się grymas. Chciał poruszyć rękami, ale bardzo mocne węzły uniemożliwiły mu to. Spokojnie, Jacques, spokojnie, próbował się uspokoić i zachować swój wiecznie niezmienny wyraz twarzy. Powoli przyzwyczajał się do światła i z czasem ujrzał mężczyzn w ich pełnej okazałości. Długo nie musiał się zastanawiać - piraci. Cholerni piraci. Teraz do niego dotarło, że to delikatne kołysanie to nie jego urojenia. Są na statku. Świetnie, super. Porwali go? Czy jego przeciwnicy sprzedali go jako niewolnika? Nie chciał wiedzieć, chciał się stąd wydostać i wrócić do domu, w którym zapewne trwa zamieszanie w najlepsze. W przeciągu kilku tygodni zmarł król, a chwilę po tym zaginął jego jedyny potomek. Francja prawdopodobnie szaleje, a Jacquesowi ani trochę się to nie podobało. Zupełnie tak jak nie podobało mu się to co mówił do niego ten rudy mężczyzna. Niechęć. Odraza. Było mu niedobrze.
                      — Co jest do cholery!? Wiesz do kogo mówisz? — nie mówił głośno, ale jego ton brzmiał bardzo poważnie. Prawdopodobnie, w innej sytuacji, za zwrócenie się w taki sposób do kogoś z rodziny królewskiej, ten chłoptaś już by dawno został stracony. Jacques rzucił rudemu spojrzenie przepełnione nienawiścią — Co ja tu robię? — nie oczekiwał odpowiedzi, ale zawsze warto było spróbować.

Warren

        Chłopak nie do końca wiedział, co teraz czuł. Panikę? Zachwyt? Ekscytację? Bezradność? Zbierał się w nim ogrom mieszanych emocji. Jedno było pewne, co się stało, to się nie odstanie. Wiedzenie szalonego życia na morzach właśnie na tym polegało. Na impulsywnych decyzjach, na przeżywaniu przygód i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie mógł więc zrozumieć poirytowania mężczyzny, który nerwowo chodził w kółko zaraz obok niego. Stukot jego butów wypełniał całą kajutę. Szatyn zaciągnął do niej Warrena, razem z jego "zdobyczą" i zamknął pomieszczenie przed resztą ciekawskiej, niewielkiej załogi.
    - Nie łapię, o co tyle zachodu, Jay - Warren przerwał ciszę, czując, że wsłuchując się w kolejne stuknięcie zapadnie w jakiś trans. Może gdzieś tam w głębi rozumiał całe zmartwienie, ale nie chciał tego przyznawać. Jayden zatrzymał się i rzucił mu niedowierzające spojrzenie. Przeczesał włosy dłonią i ciężko westchnął. Starał się zachować spokój, zawsze powtarzał ten gest, gdy powstrzymywał wybuch. Warrena czasem to irytowało, nie znosił takiego blokowania emocji. Teraz jednak był chyba wdzięczny. Nie chciałby, żeby jego podekscytowanie zostało zabite przez wykład bosmana.
- O co tyle zachodu? - powtórzył, najwidoczniej dalej nie wierząc, że rudowłosy przed chwilą wypowiedział te słowa. - A żeby cię...Warren! To nie jest byle jaki "łup" czy cokolwiek takiego. To przyszły władca do cholery!
    Warren spojrzał na nieprzytomnego mężczyznę. Przypatrzył się mu przez chwilę dla upewnienia, że ten w ogóle żyje. Jego trupia uroda zdecydowanie potrafiła zmylić. Leżał obecnie oparty o ścianę kajuty z dłońmi związanymi za sobą. Warren sądził, że to niepotrzebne, zwłaszcza gdy już dawno znajdowali się daleko od lądu, ale Jay się uparł.
Rzeczywiście, może porwanie władcy w okresie rozpoczynającego się kryzysu nie było najdojrzalszą decyzją. Ale hej, z drugiej strony to była jedyna taka okazja w życiu! Poszło zdecydowanie łatwo. Wręcz...za łatwo. Mimo to młody kapitan nie zatrzymywał się, by rozważać, dlaczego było tak a nie inaczej. Mógł wpakować się w niezłe tarapaty, zamiast tego odniósł sukces. Sukces, na którym mogli zbić fortunę.
- Słuchaj, jesteś zły, kumam. Ale na koniec dnia powiesz jeszcze "och, chwała dla naszego kapitana, największego kozaka na morzach"! Zapewniam cię - oznajmił z dumą. Nie przekonał tym jednak szatyna, który spojrzał na niego, unosząc jedną z brwi ku górze. Warren widział, jak Jay otwiera usta, pewnie by zaprzeczyć każdemu słowu rudowłosego. Nagle jednak gwałtownie je zamknął, kierując swój wzrok ponownie na ich jeńca. Młodzieniec poszedł w jego ślady. Jego błękitne oczy znów spoczęły na leżącym naprzeciw mężczyźnie. Uśmiechnął się. Kolejna przygoda właśnie się rozpoczynała.
- Ahoj! Witamy na pokładzie.