niedziela, 15 września 2019

Jacques

                               Niestety jego plan ucieczki stał się niemożliwy szybciej niż myślał, bo pirat jednym szybkim ruchem przycisnął go do ściany i ponownie związał. Jacques nie miał nawet szansy zareagować, wszystko działo się dla niego za szybko, a przyzwyczajony był raczej do pojedynków z klasą. Gdzie wszystko dotyczyło się według zasad i postanowień, ale surowe przepisy nigdy nie zaburzały dynamiki walki.  Osobiście zawsze uwielbiał wszelkiego rodzaju treningi czy tęz jazdę konną. Aktywność fizyczna i trochę przemocy zawsze odrywały go od nudnej codzienności i obowiązków, naprawdę odnajdywał w tym radość.
                               Nie mógł uwierzyć w tego rudego mężczyznę i w to co mówi, bo według przyszłego króla było to po prostu żałosne.
                               — Czekaj, "miły"? "Miły", tak? Wraz ze swoją ekipą porwaliście przyszłego władcę w, przypominam, bo może nie wiesz, środku kryzysu! Nikt nie wie gdzie jestem, Francja nie ma władcy i pewnie, znając życie za parę dni na ulicach będzie panowała czysta anarchia, a WY ryzykujecie to wszystko dla jakiś pieniędzy? — był oburzony. Okropnie. To wszystko było takie nieodpowiedzialne. Coraz bardziej sam się za to wszystko obwiniał. Gdyby pozostał w pałacu może nic by się nie wydarzyło i wszystko skończyło by się na spokojonie jego koronacją? Nie ma co gdybać, mówił do siebie. Starał się przekonać, że ucieknie stąd i przejmie władzę we Francji, dla jej dobra i dla jego ojca. Dla Philippe.. Obiecał mu to.
                               Rudy mężczyzna usiadł przed Jacquesem po turecku, a jemu nie pozostało nic innego jak przeszycie pirata spojrzeniem pełnym nienawiści. Nikt nigdy nie irytował go tak bardzo jak ta śmieszna osoba, siedząca tuż przed nim. Starał się patrzeć mu prosto w oczy, ale ten szybko się odwrócił. Aha, no nieźle. Po chwili książę usłyszał coś czego się nie spodziewał, że usłyszy. Teraz mu się przedstawia? Nie wybrał sobie najlepszego momentu, bo Jacques poczuł, że właśnie opuszczały go resztki empatii.
                               — Warren, świetnie. Także, kapitanie! Obiecuję ci, że jak tylko się stąd wydostanę to pierwsze co zrobię to naślę na ciebie i twoją drużynę całą artylerię francuską. — hej, może trochę przesadził, ale trochę agresji jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie w tym momencie, kiedy naprawdę nie potrafił się uspokoić, a w głowie ciągle miał jedno - Francję.
                               — Nie mogliście porwać kogoś innego? Naprawdę, w pałacu jest pełno ludzi, których nie cierpię, a na pewno znaleźliby się tacy, co zapłaciliby za nich niezłą sumę — dorzucił po tym, schodząc trochę z groźnego tonu. Dalej jednak zachował swój agresywny i całkiem nieprzyjemny wyraz twarzy. Na pewno nie należał do tych niesamowicie agresywnych typów, ale do miłych też raczej nie. Jego decyzje były rozsądne, wiele razy słyszał, że jest dobrym strategiem i lubiał się tym chwalić. Oczywiście przez czyny, nigdy nie należał do tych co się chwalą byle czym przez same słowa.
                              Jacques usłyszał w tle jakąś kobietę. Domyślał się, że na statku znajduje się jeszcze kilka osób. Nie wiedział niestety jakiej wielkości jest okręt i ile jest na nim ludzi. Aktualnie znał tylko to małe pomieszczenie, którego zdecydowanie nie polubi i na pewno do końca życia będzie je źle wspominał.
                              — Co planujecie ze mną zrobić? Mam tu siedzieć dopóki ktoś mnie nie znajdzie czy jaki macie plan? Bo moment na porywanie księcia to wybraliście sobie tragiczny — czekając na odpowiedź, Jacques znalazł chwilę, aby poprzyglądać się szparom w nieszczelnych deskach. Żył w nadziei, że uda mu się zobaczyć jak wygląda reszta statku, ale niestety jedyne co ujrzał to kosmyki włosów jakiejś panny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz