niedziela, 15 września 2019

Warren

   Słysząc władczy ton, Warren uniósł ręce do góry w geście obrony. Cóż, nie liczył na to, że porwany będzie zadowolony, ale nie sądził też, że tak szybko ogarnie się do wściekłości. A tu proszę. Nawet gdyby stał daleko stąd, czułby spojrzenie, które obecnie świdrowało go na wylot. Poczuł delikatne szturchnięcie. Spojrzał oskarżycielsko na łokieć szatyna, który nie spuszczał oka z jeńca. Najwidoczniej Jay próbował zachęcić go do mówienia. Warren przeciągnął się, po czym położył wcześniej uniesione dłonie na biodrach.
    - No dobra. Więc. Jesteś na naszej łajbie, ale to już pewnie zdołałeś rozkminić. Tak się składa, że akurat byłeś lajtowym celem, to... - Nagle kolejne szturchnięcie. Prędko obrócił się do szatyna, tym razem posyłając oburzone spojrzenie jego całej sylwetce. - No co?!
- Nie możesz tak po prostu mu wszystkiego tłumaczyć, to zakładnik!
Warren przewrócił oczami. W jego filozofii nawet zakładnikom należała się odrobina humanitarności. Kochał Jaya jak brata, ale mieli dość odmienne poglądy. Nie rozumiał, kiedy stał się taki "odpowiedzialny" i "rozsądny". Nie to, że nie był mu wdzięczny. Wiele decyzji, które podejmował, uratowało nieraz całą załogę. Były jednak rzeczy, które młody kapitan wolał robić po swojemu. Na przykład rozmowa ze swoimi jeńcami, na swój własny sposób.
    Chwilę zastanowił się, co powinien zrobić z tym fantem. Dobrze znał Jaydena, wcinałby mu się w każde zdanie. Jak już wspominał w swoim myślowym monologu, doceniał to, naprawdę. Jay był wodą, która gasiła żywy ogień Warrena, potrzebował takiego stabilizatora. Tylko czasem o tym zapominał. Na przykład w momencie porwania przyszłego władcy. Albo w momencie toczącej się obecnie akcji.
- Jay, wypad z kajuty - oznajmił, nie szczędząc się na żadne ładne słowa. Mężczyzna posłał mu spojrzenie mające być komunikatem w stylu "chyba sobie żartujesz". Przynajmniej tak odczytał to Warren, który w odpowiedzi pokręcił głową. - Rozkaz kapitana
    Cóż... Nauczył się, że te słowa wcale nie znaczył za wiele dla jego załogi. Na ogół był przez nich lekceważony. Obiecał sobie, że pewnego dnia zdobędzie autorytet, nie niszcząc swojej idei "zarówno kapitan, jak i kumpel". Na razie nie do końca mu to wychodziło. Nie mógł więc ukryć zdziwienia, gdy jego bosman posłał mu zmartwione spojrzenie, następnie rzeczywiście opuszczając kajutę. Tego dnia sukcesy zdecydowanie trzymały się Warrena. Jedyne co pozostało mu do zrobienia, to uwiedzenie nieziemskiej syreny i nieskończenie jako jej potrawka lub odnalezienie jakiegoś mitycznego skarbu. Ah, no i rozmowa z jeńcem. Jeszcze rozmowa z jeńcem. Odchrząknął, kładąc dłoń na piersi.
    - Jak mówiłem. Witamy na pokładzie. Wiesz, w sumie to nic osobistego. Potrzebujemy trochę kasy, więc jesteś na statku. Nabazgrzemy jakiś list, pitu pitu, dostaniemy okup i wracasz do siebie - wyjaśnił chaotycznie, lecz według samego siebie (i nikogo innego) dość zgrabnie. - Ta lina. Cholera, sorki za tę line. Mówiłem Jay'owi "weź, to przesada", ale gadał swoje. Kumasz Je...Ja...Czekaj, jak się nazywałeś?
Chłopak uśmiechnął się głupawo, chcąc załagodzić jakoś sprawę. Kto powiedział, że rozmowa z pojmanym musiała być szorstka i niemiła? Póki zbyt nie skakał mu do gardła, nie widział sensu odpłacania się tym samym. Głupio wyszło z tym imieniem, jakby nie patrzeć to przyszły władca jego narodu, ale chłopak tłumaczył się tym, że dawno nie było go na lądzie. Zresztą, określiłby się jako kosmopolita, gdyby tylko znał to słowo. No i nie przykuwał uwagi do polityki. Jedyne wieści, jakie go doszły to martwy król. I dokładnie na tym postanowił się skupić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz