To miał być zwykły dzień. Chociaż czy podczas takiego zamętu jakiś dzień mógłby być zwykły? Od kiedy król - jego ojciec, został perfidnie zamordowany, a jego śmierć ukartowana przez opozycję, wszystko się zmieniło. Ludziom zostały wmówione jakieś kłamstwa, o chorobie czy innych absurdach, które nie mieściły się Jacquesowi w głowie. Wiedział, że on będzie następny. Ci ludzie będą chcieli pozbyć się go zupełnie w taki sam sposób jak jego ojca. Dlatego chciał jak najszybciej objąć władzę, aby pokrzyżować ich plany i wygnać ich z kraju jak najszybciej. Niestety do koronacji zostało jeszcze dużo czasu, chociaż Francja bez króla chyli się ku upadkowi dwa razy szybciej. Zamieszanie i chaos jakie powstało po śmierci władcy było nie do opanowania, a książę nie poradzi sobie z tym w pojedynkę. Milion myśli na minutę, próbował wymyślić coś, aby zaradzić tym problemom - jednak bez skutku. Był zrezygnowany, aczkolwiek nie tłumił w sobie nadziei. Jego priorytetem było przejęcie władzy i ustawienie wszystkiego do pionu. Głośno westchnął, myśląc o tym wszystkim. Nie wiedział czy da radę. Tak naprawdę nic nie przygotowało go na taką sytuację. Od dzieciaka był wychowywany na przyszłego władcę, ale nikt nie ostrzegł go przed tym, że będzie w tym zupełnie sam. Przyzwyczaił się do tego, że ma tylko ojca, a teraz po jego śmierci był zagubiony. Nie miał w nikim wsparcia, nie wiedział komu ufać.
W takich chwilach chciał być sam. Ale co go zmusiło, żeby w takiej sytuacji wychodzić z pałacu? Miał ochotę na krótki spacer, przewietrzenie umysłu, uspokojenie się. Nie spodziewał się, że nagle straci przytomność. Nic nie pamiętał. Poczuł tylko ból z tyłu głowy i w moment zrobiło mu sie czarno przed oczami. Czy to właśnie ten moment, na który czekała opozycja? Czuł tylko, że ktoś go niesie, a dalej tylko - ciemność. Stracił przytomność.
Obudziły go nieznajome głosy. Powoli otworzył oczy, a pierwsze co zobaczył to dwóch nieznajomych mężczyzn. Nie widział za dobrze, światło raziło go w oczy, więc nie mógł ocenić ich aparaycji. Nie wiedział ile był nieprzytomny. Kilka godzin? Kilka dni? Miał tyle pytań. Rozejrzał się orientacyjnie po dość obskurnym pomieszczeniu. Wzdrygnął się na myśl, że właśnie ma kontakt z tą brudną podłogą, a na jego twarzy pojawił się grymas. Chciał poruszyć rękami, ale bardzo mocne węzły uniemożliwiły mu to. Spokojnie, Jacques, spokojnie, próbował się uspokoić i zachować swój wiecznie niezmienny wyraz twarzy. Powoli przyzwyczajał się do światła i z czasem ujrzał mężczyzn w ich pełnej okazałości. Długo nie musiał się zastanawiać - piraci. Cholerni piraci. Teraz do niego dotarło, że to delikatne kołysanie to nie jego urojenia. Są na statku. Świetnie, super. Porwali go? Czy jego przeciwnicy sprzedali go jako niewolnika? Nie chciał wiedzieć, chciał się stąd wydostać i wrócić do domu, w którym zapewne trwa zamieszanie w najlepsze. W przeciągu kilku tygodni zmarł król, a chwilę po tym zaginął jego jedyny potomek. Francja prawdopodobnie szaleje, a Jacquesowi ani trochę się to nie podobało. Zupełnie tak jak nie podobało mu się to co mówił do niego ten rudy mężczyzna. Niechęć. Odraza. Było mu niedobrze.
— Co jest do cholery!? Wiesz do kogo mówisz? — nie mówił głośno, ale jego ton brzmiał bardzo poważnie. Prawdopodobnie, w innej sytuacji, za zwrócenie się w taki sposób do kogoś z rodziny królewskiej, ten chłoptaś już by dawno został stracony. Jacques rzucił rudemu spojrzenie przepełnione nienawiścią — Co ja tu robię? — nie oczekiwał odpowiedzi, ale zawsze warto było spróbować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz