Warren niekoniecznie rozumiał słowa, które się do niego wypowiadało. Cóż, w większości wypadków rozumiał może trzy na zdanie. Kontekst opierał raczej na całości i brzmieniu tonu. Po tych dwóch mógł się domyślić, że nawet jeżeli stara się być najmilszy jak w obecnej sytuacji tylko się da, niewiele działa to na księcia, którego dalej wypełnia furia. No tak, sprawa rzeczywiście była dość poważna. Warren o tym wiedział, oczywiście. Mimo wszystko wcale nie był taki głupi, na jakiego wyglądał. Miał w tym jednak swoje cele, nie mógł nic na to poradzić. Obiecał sobie, że będzie dbał o swoją załogę. O swoją rodzinę. Grabieże ostatnio nie przynosiły wielkich zysków, a nawet piraci mają swoje wydatki. Musiał znaleźć coś bardziej dochodowego.
Nie wyłapał takich słów jak "środek kryzysu". W sensie, wiedział co to kryzys, ale nie był pewien czy chodzi o ten sam kryzys, bo nie miał pojęcia jak coś niematerialnego może mieć środek. Kompletnie nie rozumiał też czym była "anarchia", ale sądząc po tonie Jacquesa, nie było to nic dobrego.
- Francja jest bardziej zniszczona, niż myślisz - mruknął jedynie w odpowiedzi. To nie tak, że nienawidził tego miejsca. Mimo wszystko poznał na lądzie mnóstwo ludzi, niektórych wspaniałych, niektórych trochę mniej. Miał też mnóstwo frajdy, ganiając po zatłoczonych uliczkach, wywijając psikusy, podpuszczając Enzo. I nigdy nie narzekał na swoje życie. Może ze względu na to, że nie znał niczego lepszego. Po wejściu na statek zdążył jednak zauważyć jak działa świat. Istnieli na nim ludzie z wyższymi standardami, nieżyjący w nędzy. Był to dla niego szok. I mimo tego, że dalej nie narzekał na wspomnienia, które wyrobił sobie w starych, (nie)dobrych slumsach, nie mógł czasem powstrzymać myśli, że to po prostu nie fair. Kompletnie nikt nie przejmował się dzieciakami wystawionymi na trudności funkcjonowania w biedniejszych ziemiach. Właśnie dlatego został piratem, żeby coś zmienić, żeby wyrwać się z tej miernoty, nie tracąc wolności i swobody jak ci cali szlachcice.
Władca przeszedł wkrótce do gróźb. No tak, tego kapitan także się spodziewał. Nie sądził jednak, że po tym, jak oddadzą króla, ktokolwiek zdoła ich doścignąć. Racja, jeszcze nie do końca wiedział, jak dokładnie pokieruje akcją, aby wszystko wyszło na ich korzyść, ale przecież miał jeszcze trochę czasu. Jak to mówią, najlepiej działa się pod wpływem presji. Albo słuchając swojego mądrzejszego przyjaciela. Tak, Jay na pewno miał zamiar coś wymyślić. Wkrótce pojawiły się też pytania.
- Mówiłem, że nic osobistego. Byłem w okolicy, byłeś w okolicy, złapałem cię, biznes - oznajmił. Wypowiadanie tych słów było dla niego trudniejsze, niż się zdawało. To nie tak, że był typem osoby, kompletnie pozbawionej wyrzutów sumienia. Wręcz przeciwnie.
Warren oparł łokieć na kolanie, następnie kładąc lekko przechyloną twarz na swojej dłoni. Parę pojedynczych kosmyków przesłoniło mu oko, jednak wlepił wzrok w mężczyznę, który mimo łagodniejszego głosu, dalej mordował go wzrokiem. Zastanawiał się, jak długo potrafił zostać w takim grymasie i czy nie bolała go od tego twarz. W końcu jednak trochę się rozbudził, wzruszając lekko ramionami.
- Muszę to jeszcze rozkminić. Ale spoko, masz pewność, że póki rządzę tym statkiem, Jay cię nie dorwie i nie wywali za burtę - odparł pół żartem, pół serio. Jayden i Warren mieli jeden cel, ochronę załogi. Ich metody jednak różniły się diametralnie. Szatyn najchętniej pozbyłby się problemu, skazując Jacquesa na łaskę losu. Natomiast rudy młodzieniec miał zamiar wziąć odpowiedzialność za swojego zakładnika i naprawdę nie chciał go krzywdzić. Nie był potworem, nie atakował bez powodu. A obecnie żadnego nie miał.
Po chwili podniósł się z ziemi. Przeciągnął się i spojrzał z góry na księcia. Trochę czasu minęło odkąd zaciągnęli go na statek.
- Um, w ogóle - przerwał niezgrabnie ciszę. - Chce ci się pić? Czy coś? Nikt z nas nie chce trupa na pokładzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz