poniedziałek, 9 listopada 2020

Jacques

      Nie spuszczał wzroku z kapitana statku. Obawiał się, że zaraz zrobi coś kompletnie irracjonalnego, dlatego Jacques wolał mieć się na baczności i wszystko bacznie obserwować. Chociaż nie mógł zrobić za wiele ze skrępowanymi rękami, zawsze bycie czujnym mogło ocalić mu życie i zmienić ten stan rzeczy. Do tego głupi wyraz twarzy, jaki zrobił Warren po jego wypowiedzi, spowodował na jego twarzy delikatny uśmiech. Zrozumiał, że mężczyźnie nie idzie najlepiej rozszyfrowanie dłuższych wypowiedzi. Rozbawiło go to i zaciekawiło jednocześnie, bo rzadko kiedy miał do czynienia z takimi osobliwymi przypadkami.

     ─ Wydaje mi się, że w moim przypadku jest to zdecydowanie za dużo ─ zamruczał pod nosem na słowa kapitana. Nie podobało mu się, jak rudowłosy dość energicznym ruchem "pomaga" mu wstać. Oburzył się na tę sytuację.

     ─ Hej, może delikatniej! ─ krzyknął, gdy został wytargany na zewnątrz.

     Przyjemny zapach morskiej bryzy dostał się do jego nozdrzy, a wiatr delikatnie targał jego zniszczoną już fryzurę. Rozpaczał na samą myśl o tym, że jego cudowne włosy, o które zawsze dbał będą musiały przeżyć, zapewne wiele dni bez pielęgnacji. Nie mówiąc już o fakcie, że pewnie cała załoga statku hoduje we włosach niezłą gromadkę robali czy innych wszy. Wzdrygnął się na samą myśl, ale szybko skupił się na przeanalizowaniu sytuacji, w jakiej się znalazł. Dookoła tak jak myślał, nie znajdował się nic poza rozlegającym się na wiele mil morzem, które o tej porze roku wyjątkowo zachwycało swoim błękitnym kolorem. Nie dane mu było zapatrzyć się w dłużej na morskie fale, gdy szybko zaatakowała go jakaś dziewczyna. Spoglądał na nią spode łba, gdy tylko zbliżyła się do fryzury Jacquesa przy okazji, zasypując go toną pytań, których nawet nie zdążył usłyszeć.

     ─ Pardon...? ─ powiedział do dziewczyny, szukając wyjaśnień. Żył w nadziei, że reszta załogi na statku okaże się bardziej rozumna niż sam ich kapitan. Jakim cudem ta banda idiotów mnie uprowadziła?, pytał się nieustannie w myślach, widząc to, co dzieje się na pokładzie.

     ─ Świetny wstęp, nie powiem, gustowny ─ zadrwił z rudowłosego. Naprawdę nie wiedział, co tu się dzieje.

Po chwili poznał nową osobę z całego zespołu. Najpewniej Enzo, dość nieśmiały jegomość, który wyglądał na niegroźnego, ale skutecznego awanturnika, zajmował się całą brudną robotą. Posłusznością dorównywał służącym w pałacu, co Jacques uważał, że komplement w kierunku mężczyzny. Gdy usłyszał słowo "rum", wzdrygnął się i spojrzał w stronę Warren'a.

     ─ Rum? Poważnie? Nie rozumiesz słowa "wino" czy jest z wami aż tak źle? Jak można pić to coś? ─ zaczął marudzić do końca. Skoro i tak pewnie już nigdy nie wróci do domu albo zginie w najbliższym czasie pod okiem tych bandziorów, to chociaż chciałby, żeby jego ostatnim chwilom towarzyszył smak ulubionego alkoholu. Akcja ze sterem też nie sprawiła, że cała załoga zyskała w jego oczach chociaż trochę autorytetu. Naprawdę chciał się ich bać, a jak na razie wszystko zapowiadało się być jakąś nieśmieszną komedią godnej Afraniusza.

Przepraszający uśmiech na ustach Warrena tylko bardziej zdołował Jacquesa. Był tak daleko od swojej ojczyzny, która potrzebowała go teraz bardziej niż kiedykolwiek, a oni robią sobie z niego jakieś jaja?

      ─ Chcecie pieniędzy, tak? ─ zaczął poważnym tonem. Był już wystarczająco zdenerwowany, zmęczony i wycieńczony. Niecodziennie cię porywają. ─ Zapłacę wam, ile chcecie, jak tylko wrócę do ojczyzny. Nawet nie wiedziecie co się teraz dzieje w stolicy, porwaliście mnie w okropnym momencie. Nasz kraj się wali bardziej niż kiedykolwiek ─ w jego głosie można było wyczuć smutek i pewien zawód.

     ─ Nie rozumiem was. Takie wspaniałe państwo jak Francja, daje wam tyle możliwości i piękna, kultury, a wy na to plujecie. To niepatriotyczne porywać swojego władcę, bo przypominam wam, ale gdyby nie fakt, że jestem tutaj, to najpewniej teraz byłbym koronowany! ─ wybuchnął zdenerwowany. Bał się o zamęt, jaki jego oprawcy właśnie wywołali w stolicy.

      ─ Sprowadzacie na naszą ojczyznę zgubę! Teraz w pałacu trwa samowola, ludzie nie wiedzą co robić, bo ostatni prawowity władca zaginął z dnia na dzień! Co jak pomyślą, że specjalnie uciekłem i zhańbiłem swoje imię!? ─ wypowiadając te słowa, zawahał się na moment. Faktycznie nie wziął tego pod uwagę, że ludzie mogą tak pomyśleć. Propaganda rządy wystarczy, żeby ludzie tak pomyśleli. Załamał się, bo w końcu zawsze chciał być uważany za autorytet, a nie tchórza.

       ─ Ile chcecie!?

Warren

         Uwadze Warrena nie umknął fakt, że książę, czy może król, należał do naprawdę marudnych. Trudno było nie dojść do takiej konkluzji, gdy skazanym się było na słuchanie serii jego westchnień i jęków. Młody kapitan był szczerze zaskoczony takim odzewem. Rzeczywiście, został on przez nich uprowadzony, mógł przyznać, że tutaj władca trzymał się dobrego argumentu. Aczkolwiek piegus starał się, jak tylko potrafił, aby umilić mu to traumatyczne przeżycie. Nie oczekiwał od niego wielkiej wdzięczności, jednak liczył na to, że Jacques będzie, chociaż odrobinę mniej zrzędliwy. Doceni choć trochę jego miły gest i poczęstunek trunkiem. Trochę się przeliczył.

         Zrezygnowany spojrzał nieco zakłopotanym wzrokiem w twarz wyższego od niego mężczyzny.

     ─ Ta, no co zrobić? Ni kij nie wiem, do czego tam ten twój wyrafi..fi..finizowany, czy cokolwiek, język jest przyzwyczajony, ale na morzu to tego nie znajdziesz. Czas się cieszyć tym, co się ma ─ odparł, a była to jak na niego naprawdę wyczerpująca i staranna odpowiedź. Nie krył w niej lekkiego oburzenia, jakie się w nim budziło. Osobiście wręcz przepadał za rumem, uważał, że to świetny trunek. Nie miał co prawda okazji skosztować wielu innych alkoholi, ale w jego oczach nie umniejszało to jego zdaniu.

         Blady mężczyzna szybko jednak zmienił nastawienie, z zarozumiałego zrzędy w śmiertelnie poważnego pasjonata Francji. Jego słowa wywoływały w Warrenie małe znużenie, ale musiał przyznać, że sposób przemawiania ich zakładnika był imponujący. Elokwentny, wyniosły. Gdyby słowa były ostrzami, cała załoga byłaby już dawno przedziurawiona zachwycającymi szpadami. W pewnym sensie Warren czuł jakąś empatię. Współczuł mu, zupełnie szczerze. Widać było, ile znaczył dla niego ten kraj. Być może w końcu na tronie miał zasiąść jakiś odpowiedzialny, gotowy wysłuchać ludzi król. Z drugiej strony jednak nie potrafił pozbawić się obaw przed tym, że każdy z nich był taki sam. Wydawali się kochający i poczciwi, kiedy trzeba, jednak gdy ludzie umierali przez nędze na ulicach i błagali o litość, choć odrobinę pomocy, nagle stawali się zupełnie głusi na ich wołania. Dzieciaki wychowane w slumsach doświadczyły tego pierwszorzędnie. Nie mógł więc powstrzymać cichego prychnięcia. Błękitne oczy nie były już tak przyjazne, jak przed chwilą.

     ─ Plujemy? Teraz to poleciałeś ─ odparł z czymś, co było mieszanką rozbawienia, ale i irytacji. ─ Może jakby ta zakichana Francja jakieś trzy grosze dawała o dobro kogoś poza takimi bufonami, to ten, raczej by nas tu nie było. Także ciebie kochasiu tez.

       Poczuł, że to czas, żeby i on zrobił się trochę nadęty. W końcu piraci mieli swoje powody. Nie wiedli życia na morzu, z własnego widzi mi się. Oczywiście, Warren uwielbiał morską bryzę, niespokojnie kołyszące statkiem fale i przygody, jakie przeżywał ze swoimi dobrymi przyjaciółmi. Nie zmieniało to jednak faktu, że wcale nie była to łatwa wędrówka. To bitwa. Nieustanie walczyli o swoje ideały, zarówno w metaforycznym, jak i dosłownym znaczeniu tego słowa. Chcieli być wolni, pokazać światu, kim są, zamiast zostać z góry przekreślonymi i skazanymi na nędzną śmierć. A możliwości ucieczek z miejsca, w którym się narodzili, nie było wiele. Ich obecna rzeczywistość była jedną z nich. Mimo tego, taki pożal się boże władca, widział ich tylko, jako niewdzięczników uciekających z jego wyidealizowanej ojczyzny, zupełnie bez powodu. Dla zwykłej zabawy.

         Złość Jacquesa, tylko napędzała zirytowanie Warrena. Był gotowy mu wygarnąć, gdy wdarł się między nich głos rozsądku - konkretniej Jayden. Pirat ze skrzywdzoną blizną na nosie twarzą spojrzał na nich obu, jak na skłóconych nastolatków. Skarcił rudowłosego wzrokiem, potem przenosząc swoje spojrzenie na zakładnika. Był spokojny, ale nie brakowało mu ostrości.

     ─ Nie jesteśmy aż tak głupi. Tak szybko, jak zbliżylibyśmy się do lądu, pojmaliby nas i tyle z naszej zapłaty ─ skomentował szatyn, zastanawiając się, za jak bardzo naiwnych ma ich rozmówca. Kapitanowi zaczęło podobać się to, że Jay powoli akceptował myśl o tym, co zrobili. Albo raczej co zrobił lekkomyślny rudzielec. W każdym razie coraz więcej z nich najwidoczniej dostrzegało w tym korzyść. Wiedział, że tak będzie. ─ Gdzieś mamy to, co dzieje się teraz z krajem. Gdyby było inaczej, nie pływalibyśmy po morzu. Mamy zamiar wysłać list. Jeżeli twoim poddanym tak bardzo zależy na władcy, to zapłacą na naszych warunkach, w których nie dowiedzą się, kim jesteśmy. Potem wrócisz sobie do tej swojej Francji i będziesz robić, co tam tylko chcesz.

         Podczas mowy Jaydena, piegus co jakiś czas energicznie potakiwał głową, zupełnie, jakby był to jego własny plan. Jakby nie patrzeć, to on tchnął w sytuację iskierkę życia, dzięki której wszystko się zaczęło. Na końcu jednak, wraz z ostatnimi słowami Jaya, zapanowała między nimi chwila wrogiej ciszy. Nawet cały ocean zdawał się szumieć jakby trochę mniej. Patrzyli tak na siebie, aż nie usłyszeli głośnych, prędkich kroków, nieomal wywracającego się Enzo. Chłopaczyna ściskał w swoich rękach dwie, różne kształtami butle rumu.

     ─ Przyniosłem...um... ─ zaczął, szybko jednak zawstydzony zamykając usta, gdy przygniótł go ciężar ciszy, którą chciał przerwać. Patrzył jedynie wokół zdezorientowany, czekając na to, kto pierwszy zareaguje.