poniedziałek, 9 listopada 2020

Jacques

      Nie spuszczał wzroku z kapitana statku. Obawiał się, że zaraz zrobi coś kompletnie irracjonalnego, dlatego Jacques wolał mieć się na baczności i wszystko bacznie obserwować. Chociaż nie mógł zrobić za wiele ze skrępowanymi rękami, zawsze bycie czujnym mogło ocalić mu życie i zmienić ten stan rzeczy. Do tego głupi wyraz twarzy, jaki zrobił Warren po jego wypowiedzi, spowodował na jego twarzy delikatny uśmiech. Zrozumiał, że mężczyźnie nie idzie najlepiej rozszyfrowanie dłuższych wypowiedzi. Rozbawiło go to i zaciekawiło jednocześnie, bo rzadko kiedy miał do czynienia z takimi osobliwymi przypadkami.

     ─ Wydaje mi się, że w moim przypadku jest to zdecydowanie za dużo ─ zamruczał pod nosem na słowa kapitana. Nie podobało mu się, jak rudowłosy dość energicznym ruchem "pomaga" mu wstać. Oburzył się na tę sytuację.

     ─ Hej, może delikatniej! ─ krzyknął, gdy został wytargany na zewnątrz.

     Przyjemny zapach morskiej bryzy dostał się do jego nozdrzy, a wiatr delikatnie targał jego zniszczoną już fryzurę. Rozpaczał na samą myśl o tym, że jego cudowne włosy, o które zawsze dbał będą musiały przeżyć, zapewne wiele dni bez pielęgnacji. Nie mówiąc już o fakcie, że pewnie cała załoga statku hoduje we włosach niezłą gromadkę robali czy innych wszy. Wzdrygnął się na samą myśl, ale szybko skupił się na przeanalizowaniu sytuacji, w jakiej się znalazł. Dookoła tak jak myślał, nie znajdował się nic poza rozlegającym się na wiele mil morzem, które o tej porze roku wyjątkowo zachwycało swoim błękitnym kolorem. Nie dane mu było zapatrzyć się w dłużej na morskie fale, gdy szybko zaatakowała go jakaś dziewczyna. Spoglądał na nią spode łba, gdy tylko zbliżyła się do fryzury Jacquesa przy okazji, zasypując go toną pytań, których nawet nie zdążył usłyszeć.

     ─ Pardon...? ─ powiedział do dziewczyny, szukając wyjaśnień. Żył w nadziei, że reszta załogi na statku okaże się bardziej rozumna niż sam ich kapitan. Jakim cudem ta banda idiotów mnie uprowadziła?, pytał się nieustannie w myślach, widząc to, co dzieje się na pokładzie.

     ─ Świetny wstęp, nie powiem, gustowny ─ zadrwił z rudowłosego. Naprawdę nie wiedział, co tu się dzieje.

Po chwili poznał nową osobę z całego zespołu. Najpewniej Enzo, dość nieśmiały jegomość, który wyglądał na niegroźnego, ale skutecznego awanturnika, zajmował się całą brudną robotą. Posłusznością dorównywał służącym w pałacu, co Jacques uważał, że komplement w kierunku mężczyzny. Gdy usłyszał słowo "rum", wzdrygnął się i spojrzał w stronę Warren'a.

     ─ Rum? Poważnie? Nie rozumiesz słowa "wino" czy jest z wami aż tak źle? Jak można pić to coś? ─ zaczął marudzić do końca. Skoro i tak pewnie już nigdy nie wróci do domu albo zginie w najbliższym czasie pod okiem tych bandziorów, to chociaż chciałby, żeby jego ostatnim chwilom towarzyszył smak ulubionego alkoholu. Akcja ze sterem też nie sprawiła, że cała załoga zyskała w jego oczach chociaż trochę autorytetu. Naprawdę chciał się ich bać, a jak na razie wszystko zapowiadało się być jakąś nieśmieszną komedią godnej Afraniusza.

Przepraszający uśmiech na ustach Warrena tylko bardziej zdołował Jacquesa. Był tak daleko od swojej ojczyzny, która potrzebowała go teraz bardziej niż kiedykolwiek, a oni robią sobie z niego jakieś jaja?

      ─ Chcecie pieniędzy, tak? ─ zaczął poważnym tonem. Był już wystarczająco zdenerwowany, zmęczony i wycieńczony. Niecodziennie cię porywają. ─ Zapłacę wam, ile chcecie, jak tylko wrócę do ojczyzny. Nawet nie wiedziecie co się teraz dzieje w stolicy, porwaliście mnie w okropnym momencie. Nasz kraj się wali bardziej niż kiedykolwiek ─ w jego głosie można było wyczuć smutek i pewien zawód.

     ─ Nie rozumiem was. Takie wspaniałe państwo jak Francja, daje wam tyle możliwości i piękna, kultury, a wy na to plujecie. To niepatriotyczne porywać swojego władcę, bo przypominam wam, ale gdyby nie fakt, że jestem tutaj, to najpewniej teraz byłbym koronowany! ─ wybuchnął zdenerwowany. Bał się o zamęt, jaki jego oprawcy właśnie wywołali w stolicy.

      ─ Sprowadzacie na naszą ojczyznę zgubę! Teraz w pałacu trwa samowola, ludzie nie wiedzą co robić, bo ostatni prawowity władca zaginął z dnia na dzień! Co jak pomyślą, że specjalnie uciekłem i zhańbiłem swoje imię!? ─ wypowiadając te słowa, zawahał się na moment. Faktycznie nie wziął tego pod uwagę, że ludzie mogą tak pomyśleć. Propaganda rządy wystarczy, żeby ludzie tak pomyśleli. Załamał się, bo w końcu zawsze chciał być uważany za autorytet, a nie tchórza.

       ─ Ile chcecie!?

Warren

         Uwadze Warrena nie umknął fakt, że książę, czy może król, należał do naprawdę marudnych. Trudno było nie dojść do takiej konkluzji, gdy skazanym się było na słuchanie serii jego westchnień i jęków. Młody kapitan był szczerze zaskoczony takim odzewem. Rzeczywiście, został on przez nich uprowadzony, mógł przyznać, że tutaj władca trzymał się dobrego argumentu. Aczkolwiek piegus starał się, jak tylko potrafił, aby umilić mu to traumatyczne przeżycie. Nie oczekiwał od niego wielkiej wdzięczności, jednak liczył na to, że Jacques będzie, chociaż odrobinę mniej zrzędliwy. Doceni choć trochę jego miły gest i poczęstunek trunkiem. Trochę się przeliczył.

         Zrezygnowany spojrzał nieco zakłopotanym wzrokiem w twarz wyższego od niego mężczyzny.

     ─ Ta, no co zrobić? Ni kij nie wiem, do czego tam ten twój wyrafi..fi..finizowany, czy cokolwiek, język jest przyzwyczajony, ale na morzu to tego nie znajdziesz. Czas się cieszyć tym, co się ma ─ odparł, a była to jak na niego naprawdę wyczerpująca i staranna odpowiedź. Nie krył w niej lekkiego oburzenia, jakie się w nim budziło. Osobiście wręcz przepadał za rumem, uważał, że to świetny trunek. Nie miał co prawda okazji skosztować wielu innych alkoholi, ale w jego oczach nie umniejszało to jego zdaniu.

         Blady mężczyzna szybko jednak zmienił nastawienie, z zarozumiałego zrzędy w śmiertelnie poważnego pasjonata Francji. Jego słowa wywoływały w Warrenie małe znużenie, ale musiał przyznać, że sposób przemawiania ich zakładnika był imponujący. Elokwentny, wyniosły. Gdyby słowa były ostrzami, cała załoga byłaby już dawno przedziurawiona zachwycającymi szpadami. W pewnym sensie Warren czuł jakąś empatię. Współczuł mu, zupełnie szczerze. Widać było, ile znaczył dla niego ten kraj. Być może w końcu na tronie miał zasiąść jakiś odpowiedzialny, gotowy wysłuchać ludzi król. Z drugiej strony jednak nie potrafił pozbawić się obaw przed tym, że każdy z nich był taki sam. Wydawali się kochający i poczciwi, kiedy trzeba, jednak gdy ludzie umierali przez nędze na ulicach i błagali o litość, choć odrobinę pomocy, nagle stawali się zupełnie głusi na ich wołania. Dzieciaki wychowane w slumsach doświadczyły tego pierwszorzędnie. Nie mógł więc powstrzymać cichego prychnięcia. Błękitne oczy nie były już tak przyjazne, jak przed chwilą.

     ─ Plujemy? Teraz to poleciałeś ─ odparł z czymś, co było mieszanką rozbawienia, ale i irytacji. ─ Może jakby ta zakichana Francja jakieś trzy grosze dawała o dobro kogoś poza takimi bufonami, to ten, raczej by nas tu nie było. Także ciebie kochasiu tez.

       Poczuł, że to czas, żeby i on zrobił się trochę nadęty. W końcu piraci mieli swoje powody. Nie wiedli życia na morzu, z własnego widzi mi się. Oczywiście, Warren uwielbiał morską bryzę, niespokojnie kołyszące statkiem fale i przygody, jakie przeżywał ze swoimi dobrymi przyjaciółmi. Nie zmieniało to jednak faktu, że wcale nie była to łatwa wędrówka. To bitwa. Nieustanie walczyli o swoje ideały, zarówno w metaforycznym, jak i dosłownym znaczeniu tego słowa. Chcieli być wolni, pokazać światu, kim są, zamiast zostać z góry przekreślonymi i skazanymi na nędzną śmierć. A możliwości ucieczek z miejsca, w którym się narodzili, nie było wiele. Ich obecna rzeczywistość była jedną z nich. Mimo tego, taki pożal się boże władca, widział ich tylko, jako niewdzięczników uciekających z jego wyidealizowanej ojczyzny, zupełnie bez powodu. Dla zwykłej zabawy.

         Złość Jacquesa, tylko napędzała zirytowanie Warrena. Był gotowy mu wygarnąć, gdy wdarł się między nich głos rozsądku - konkretniej Jayden. Pirat ze skrzywdzoną blizną na nosie twarzą spojrzał na nich obu, jak na skłóconych nastolatków. Skarcił rudowłosego wzrokiem, potem przenosząc swoje spojrzenie na zakładnika. Był spokojny, ale nie brakowało mu ostrości.

     ─ Nie jesteśmy aż tak głupi. Tak szybko, jak zbliżylibyśmy się do lądu, pojmaliby nas i tyle z naszej zapłaty ─ skomentował szatyn, zastanawiając się, za jak bardzo naiwnych ma ich rozmówca. Kapitanowi zaczęło podobać się to, że Jay powoli akceptował myśl o tym, co zrobili. Albo raczej co zrobił lekkomyślny rudzielec. W każdym razie coraz więcej z nich najwidoczniej dostrzegało w tym korzyść. Wiedział, że tak będzie. ─ Gdzieś mamy to, co dzieje się teraz z krajem. Gdyby było inaczej, nie pływalibyśmy po morzu. Mamy zamiar wysłać list. Jeżeli twoim poddanym tak bardzo zależy na władcy, to zapłacą na naszych warunkach, w których nie dowiedzą się, kim jesteśmy. Potem wrócisz sobie do tej swojej Francji i będziesz robić, co tam tylko chcesz.

         Podczas mowy Jaydena, piegus co jakiś czas energicznie potakiwał głową, zupełnie, jakby był to jego własny plan. Jakby nie patrzeć, to on tchnął w sytuację iskierkę życia, dzięki której wszystko się zaczęło. Na końcu jednak, wraz z ostatnimi słowami Jaya, zapanowała między nimi chwila wrogiej ciszy. Nawet cały ocean zdawał się szumieć jakby trochę mniej. Patrzyli tak na siebie, aż nie usłyszeli głośnych, prędkich kroków, nieomal wywracającego się Enzo. Chłopaczyna ściskał w swoich rękach dwie, różne kształtami butle rumu.

     ─ Przyniosłem...um... ─ zaczął, szybko jednak zawstydzony zamykając usta, gdy przygniótł go ciężar ciszy, którą chciał przerwać. Patrzył jedynie wokół zdezorientowany, czekając na to, kto pierwszy zareaguje.


niedziela, 15 września 2019

Warren

      Jacques i jego wysokie mniemanie o Francji ani trochę nie przekonały Warrena do zmienienia poglądów. Co jak co, ale miał wgląd z pierwszej ręki na to, jak we Francji żyje się ubogim ludziom. W jego oczach monarcha był po prostu zbyt zaślepiony swoją wyidealizowaną wizją państwa, aby zwrócić uwagę na zalaną nędzą część ulic i lud. Oczywiście nie potrafił ubrać tego w słowa, które brzmiałyby tak inteligentnie, jak jego myśli, więc postanowił sobie odpuścić temat. I tak by z nim nie wygrał. Poza tym zdawało mu się, że władca nieco się uspokaja. Nie chciał tego zrujnować.
      Zamrugał parę razy na wspomnienie o alkoholu. Cóż, Warren miał na myśli raczej pitną wodę i pytanie o zwykłe spragnienie, ale nie widział też niczego złego, w dostarczeniu Jacquesowi tego o co prosi. W końcu nie robiło mu to żadnej krzywdy. Skinął więc głową i ruszył energicznym krokiem w stronę drzwi. Ponownie odwrócił jednak twarz, gdy doszły go kolejne słowa bladego mężczyzny. Chwilę rozważał długi słowotok zakładnika, próbując go rozpracować. Rudowłosy nie był najlepszy w rozszyfrowywaniu rozbudowanych wypowiedzi, potrzebował trochę czasu. Kiedy jednak doszedł do niego sens zdań Jacquesa, na nowo wyrwał się z transu.
- O. Jasne. W końcu ile można kisnąć w jednej kajucie, nie? - zapytał z lekkim uśmiechem i podszedł do spoczywającego na ziemi mężczyzny. Chwycił go za ramiona i bezceremonialnie pomógł wstać. Huh, władca był mniej kościs ty, niż wyglądał. Może jednak coś różniło go od żywego trupa. Następnie ruszył z powrotem do drzwi, które już po chwili otworzył silnym pchnięciem. Mocna bryza od razu uderzyła go razem z wiatrem. Uwielbiał to uczucie. Czasem zamykał się w kajucie i otwierał ją ciągle i ciągle, tak długo, aż Jay nie zwracał mu uwagi.
      - To ten, znowu. Teraz tak, no, bardziej. Witamy na pokładzie - oznajmił, przekraczając próg i oglądając się za siebie, aby upewnić się, że Jacques ruszył za nim.
Nie trzeba było długo czekać, by Lea doskoczyła do nich, uważnie oglądając nową zdobycz. Zanim Warren zdążył znowu się odezwać, schrypiały głos roznosił się już w powietrzu, zapełniając przestrzeń czymś, co na początku mogło zdawać się monologiem, jednak okazało się licznymi pytaniami. Dziewczyna o miedzianej czuprynie potrafiła mówić naprawdę szybko. Kapitan wyłapał więc tylko parę z nich, takich jak "Czekaj, to serio przyszły władca? Warren, typie, co ty odwaliłeś?", "Jak długo trzymałeś go w worze, wygląda, jakby miał tu zejść" albo "Cholera, o co chodzi z tymi włosami? Chce takie włosy. Jak mieć takie włosy?". Klasyczna Lea. Upierdliwa, ale nieszkodliwa, toteż na razie Warren miał zamiar zająć się innymi.
      Rozejrzał się po pokładzie. Szybko zlokalizował niewielką sylwetkę, częściowo schowaną za masztem. Świetnie. Uśmiechnął się i wskazał w jej stronę palcem.
- Enzo! - Wystraszona chłopaczyna drgnęła na dźwięk swojego imienia, ale wychyliła głowę. - Przynieś rum!
Nie kwestionując rozkazu, brunet pokiwał głową i szybko ruszył w stronę zejścia do podpokładu. Ah, słodki Enzo. On jako jedyny słuchał się Warrena. W zasadzie słuchał się wszystkich i gdy dostawał dwa rozkazy, raczej skłaniał się do tych Jaya, ale...Teraz słuchał się Warrena! Pokazywał się z dobrej strony. Dopóki oczywiście w jego idealne rządy nie wciął się racjonalny przyjaciel.
      - Rum? Chcesz po prostu częstować go rumem? - zapytał pewien wątpliwości, przenosząc wzrok z piegusa na dalej trajkotająca Leę oraz Jacquesa. Nie dało się nie zauważyć, że traktował ich zakładnika jak kolejny problem w ich życiu. Warren wzruszył ramionami.
- Ta, czemu nie? - odparł, ponownie przeciągając się i rozglądając po statku. Coś mu tu nie pasowało. Szybko uświadomił sobie co. - Lea?
- Aha? - Dziewczyna chwilowo przerwała wywód pełen pytań, jak i uszczypliwości w stronę właściwie całego świata.
- Jesteś tu. A kotwica zwinięta. Kto jest za sterem?
- Szlag - rzuciła prędko, chwytając się barierki i zwinnie wskakując na nadbudówkę. Następnie jak najprędzej pognała do steru. Już po chwili statkiem zarzuciło lekko w prawo. Warren podrapał się po głowie i spojrzał na swojego zakładnika. Chciał upewnić się, że ten jeszcze się trzyma. Uśmiechnął się przepraszająco, czując, że przygoda Jacquesa na statku nie zaczęła się obiecująco. Może mógł jeszcze jakoś to naprawić?

Jacques

                              Do Jacques'a już dotarło z jakim typem rozmówcy ma do czynienia. Lekceważący, ten sławny "lekkoduch". Nie był fanem takich ludzi, ale może to przez to, że nigdy nie poznał ich za wielu?.. Sam nie był w stanie tego stwierdzić. Całe życie otaczał się poważnymi ludźmi, od czasu do czasu spotykał tych bardziej rozluźnionych, którzy więcej cieszyli się z życia niż inni. Właśnie takiego pamiętał Phillipe'a. Kogoś z podejściem całkowicie odmiennym od niego. Może właśnie to spowodowało, że obdarzył go takim silnym uczuciem? Przekonała go świadomość, że jest kompletnie inną osobą, z kompletnie innym podejściem do życia. Dobrze wspominał ich ucieczki z pałacu, aby posiedzieć tylko we dwoje w królewskich ogrodach, uciekając przy tym przed wściekłymi strażnikami. Strasznie za tym tęsknił. Prawdę mówiąc, to Jacques wręcz umierał z tęsknoty, ale nie dawał tego po sobie poznać. Nauczył się z tym żyć i do perfekcji opanował ukrywanie takich emocji. Jego ojciec zawsze powtarzał, że miłość czyni władcę słabym. Że uczucia osłabiają jego autorytet. Książę nie do końca się z tym zgadzał, ale uważał te słowa za mądre i brał z nich przykład. Za swoich prawdziwych nauczycieli nigdy nie uważał tylko ludzi, którzy przyjeżdżali z różnych stron Francji, aby nauczyć go pewnych umiejętności. Kształtowało go życie i ból, który mu zadano przez tyle lat.
                              Wracając do rozmowy, słowa Warrena tylko utwierdziły Jacquesa w przekonaniu z jakim ignorantem teraz rozmawia.
                              — Francja? Zniszczona? Nigdy nie potrafiłbym określić swojej ojczyzny takimi obrzydliwymi słowami. Francja od kilkuset lat jest rządzona przez wspaniałych władców i nigdy nie ośmieliłbym się nazwać ją "zniszczoną". Nie jest idealna, ale jest ogromnym mocarstwem, potęgą! Ech, zresztą, nie jesteś osobą, z którą chciałbym o tym rozmawiać. Byłeś kiedyś w stolicy? Pewnie nie, skoro mówisz takie okropne rzeczy. Nie będę zmieniać twojego rozumowania, im szybciej zasiądę na tronie tym szybciej je zmienisz — uśmiechnął się smutno. Nie był pewien czy kiedykolwiek jeszcze postawi nogę na lądzie. Nie mógł ufać słowom tego pirata, że to tylko czasowe rozwiązanie. Jacques próbował mieć w sobie jak najwięcej wiary, ale z każdą chwilą jej ubywało. Na pewno nie pocieszyło go to, że jego oprawca to wszystko nazwał "biznesem".
                              — Pfff, "biznes" — prychnął i odwrócił głowę od pirata. Wcześniej starał się patrzeć rozmówcy w oczy, ale czuł się za bardzo poniżony swoją aktualną pozycją i tym, że był związany. I rzucony na ziemię po swoim ostatnim buntownicznym akcie. Trochę się powiercił, chciał ułożyć się tak, aby chociaż trochę było mu wygodnie, ale stare, zimne deski, na których siedział nie ułatwiały mu zadania. Nie robiła tego też lina, teraz może i związana luźniej niż wcześniej, ale ciągle krępowała ruchy księcia. Zapewnienia Warrena trochę podniosły Jacquesa na duchu. W sumie to nie wiedział dlaczego, przecież kompletnie nie ufał temu człowiekowi, zresztą miał do tego dobre podstawy. W końcu go porwał, nie? Chyba, tak po prostu, potrzebował usłyszeć coś dobrego. Dobrego, biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znajdował, bo w jego porządku dziennym takie słowa nie były zbyt pokrzepiające.
                              — Wina, nie wiem, cokolwiek co tutaj macie, bo nie oczekuje alkoholu z wysokiej półki — odpowiedział na pytanie. Jak już proponują mu coś do picia, to skorzysta z okazji, aby choć trochę odpłynąć dzięki procentom, bo na trzeźwo nie jest w stanie tu wytrzymać.
                              — Nie narzekałbym też na wyjście z tego obskurnego pomieszczenia. Nie chce nawet wiedzieć ile czasu leżałem na tych obrzydliwych deskach. Nie wspominając już o tym, kiedy ostatnio zaczerpnąłem się świeżym powietrzem i widziałem jakieś światło. Bo niestety, ale trochę tutaj jest ciemno. Wiesz, od czasu do czasu muszę wyjść na zewnątrz, dobrze to służy mojemu zdrowiu.

Warren

      Warren niekoniecznie rozumiał słowa, które się do niego wypowiadało. Cóż, w większości wypadków rozumiał może trzy na zdanie. Kontekst opierał raczej na całości i brzmieniu tonu. Po tych dwóch mógł się domyślić, że nawet jeżeli stara się być najmilszy jak w obecnej sytuacji tylko się da, niewiele działa to na księcia, którego dalej wypełnia furia. No tak, sprawa rzeczywiście była dość poważna. Warren o tym wiedział, oczywiście. Mimo wszystko wcale nie był taki głupi, na jakiego wyglądał. Miał w tym jednak swoje cele, nie mógł nic na to poradzić. Obiecał sobie, że będzie dbał o swoją załogę. O swoją rodzinę. Grabieże ostatnio nie przynosiły wielkich zysków, a nawet piraci mają swoje wydatki. Musiał znaleźć coś bardziej dochodowego.
      Nie wyłapał takich słów jak "środek kryzysu". W sensie, wiedział co to kryzys, ale nie był pewien czy chodzi o ten sam kryzys, bo nie miał pojęcia jak coś niematerialnego może mieć środek. Kompletnie nie rozumiał też czym była "anarchia", ale sądząc po tonie Jacquesa, nie było to nic dobrego.
- Francja jest bardziej zniszczona, niż myślisz - mruknął jedynie w odpowiedzi. To nie tak, że nienawidził tego miejsca. Mimo wszystko poznał na lądzie mnóstwo ludzi, niektórych wspaniałych, niektórych trochę mniej. Miał też mnóstwo frajdy, ganiając po zatłoczonych uliczkach, wywijając psikusy, podpuszczając Enzo. I nigdy nie narzekał na swoje życie. Może ze względu na to, że nie znał niczego lepszego. Po wejściu na statek zdążył jednak zauważyć jak działa świat. Istnieli na nim ludzie z wyższymi standardami, nieżyjący w nędzy. Był to dla niego szok. I mimo tego, że dalej nie narzekał na wspomnienia, które wyrobił sobie w starych, (nie)dobrych slumsach, nie mógł czasem powstrzymać myśli, że to po prostu nie fair. Kompletnie nikt nie przejmował się dzieciakami wystawionymi na trudności funkcjonowania w biedniejszych ziemiach. Właśnie dlatego został piratem, żeby coś zmienić, żeby wyrwać się z tej miernoty, nie tracąc wolności i swobody jak ci cali szlachcice.
      Władca przeszedł wkrótce do gróźb. No tak, tego kapitan także się spodziewał. Nie sądził jednak, że po tym, jak oddadzą króla, ktokolwiek zdoła ich doścignąć. Racja, jeszcze nie do końca wiedział, jak dokładnie pokieruje akcją, aby wszystko wyszło na ich korzyść, ale przecież miał jeszcze trochę czasu. Jak to mówią, najlepiej działa się pod wpływem presji. Albo słuchając swojego mądrzejszego przyjaciela. Tak, Jay na pewno miał zamiar coś wymyślić. Wkrótce pojawiły się też pytania.
- Mówiłem, że nic osobistego. Byłem w okolicy, byłeś w okolicy, złapałem cię, biznes - oznajmił. Wypowiadanie tych słów było dla niego trudniejsze, niż się zdawało. To nie tak, że był typem osoby, kompletnie pozbawionej wyrzutów sumienia. Wręcz przeciwnie.
      Warren oparł łokieć na kolanie, następnie kładąc lekko przechyloną twarz na swojej dłoni. Parę pojedynczych kosmyków przesłoniło mu oko, jednak wlepił wzrok w mężczyznę, który mimo łagodniejszego głosu, dalej mordował go wzrokiem. Zastanawiał się, jak długo potrafił zostać w takim grymasie i czy nie bolała go od tego twarz. W końcu jednak trochę się rozbudził, wzruszając lekko ramionami.
- Muszę to jeszcze rozkminić. Ale spoko, masz pewność, że póki rządzę tym statkiem, Jay cię nie dorwie i nie wywali za burtę - odparł pół żartem, pół serio. Jayden i Warren mieli jeden cel, ochronę załogi. Ich metody jednak różniły się diametralnie. Szatyn najchętniej pozbyłby się problemu, skazując Jacquesa na łaskę losu. Natomiast rudy młodzieniec miał zamiar wziąć odpowiedzialność za swojego zakładnika i naprawdę nie chciał go krzywdzić. Nie był potworem, nie atakował bez powodu. A obecnie żadnego nie miał.
      Po chwili podniósł się z ziemi. Przeciągnął się i spojrzał z góry na księcia. Trochę czasu minęło odkąd zaciągnęli go na statek.
- Um, w ogóle - przerwał niezgrabnie ciszę. - Chce ci się pić? Czy coś? Nikt z nas nie chce trupa na pokładzie.

Jacques

                               Niestety jego plan ucieczki stał się niemożliwy szybciej niż myślał, bo pirat jednym szybkim ruchem przycisnął go do ściany i ponownie związał. Jacques nie miał nawet szansy zareagować, wszystko działo się dla niego za szybko, a przyzwyczajony był raczej do pojedynków z klasą. Gdzie wszystko dotyczyło się według zasad i postanowień, ale surowe przepisy nigdy nie zaburzały dynamiki walki.  Osobiście zawsze uwielbiał wszelkiego rodzaju treningi czy tęz jazdę konną. Aktywność fizyczna i trochę przemocy zawsze odrywały go od nudnej codzienności i obowiązków, naprawdę odnajdywał w tym radość.
                               Nie mógł uwierzyć w tego rudego mężczyznę i w to co mówi, bo według przyszłego króla było to po prostu żałosne.
                               — Czekaj, "miły"? "Miły", tak? Wraz ze swoją ekipą porwaliście przyszłego władcę w, przypominam, bo może nie wiesz, środku kryzysu! Nikt nie wie gdzie jestem, Francja nie ma władcy i pewnie, znając życie za parę dni na ulicach będzie panowała czysta anarchia, a WY ryzykujecie to wszystko dla jakiś pieniędzy? — był oburzony. Okropnie. To wszystko było takie nieodpowiedzialne. Coraz bardziej sam się za to wszystko obwiniał. Gdyby pozostał w pałacu może nic by się nie wydarzyło i wszystko skończyło by się na spokojonie jego koronacją? Nie ma co gdybać, mówił do siebie. Starał się przekonać, że ucieknie stąd i przejmie władzę we Francji, dla jej dobra i dla jego ojca. Dla Philippe.. Obiecał mu to.
                               Rudy mężczyzna usiadł przed Jacquesem po turecku, a jemu nie pozostało nic innego jak przeszycie pirata spojrzeniem pełnym nienawiści. Nikt nigdy nie irytował go tak bardzo jak ta śmieszna osoba, siedząca tuż przed nim. Starał się patrzeć mu prosto w oczy, ale ten szybko się odwrócił. Aha, no nieźle. Po chwili książę usłyszał coś czego się nie spodziewał, że usłyszy. Teraz mu się przedstawia? Nie wybrał sobie najlepszego momentu, bo Jacques poczuł, że właśnie opuszczały go resztki empatii.
                               — Warren, świetnie. Także, kapitanie! Obiecuję ci, że jak tylko się stąd wydostanę to pierwsze co zrobię to naślę na ciebie i twoją drużynę całą artylerię francuską. — hej, może trochę przesadził, ale trochę agresji jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie w tym momencie, kiedy naprawdę nie potrafił się uspokoić, a w głowie ciągle miał jedno - Francję.
                               — Nie mogliście porwać kogoś innego? Naprawdę, w pałacu jest pełno ludzi, których nie cierpię, a na pewno znaleźliby się tacy, co zapłaciliby za nich niezłą sumę — dorzucił po tym, schodząc trochę z groźnego tonu. Dalej jednak zachował swój agresywny i całkiem nieprzyjemny wyraz twarzy. Na pewno nie należał do tych niesamowicie agresywnych typów, ale do miłych też raczej nie. Jego decyzje były rozsądne, wiele razy słyszał, że jest dobrym strategiem i lubiał się tym chwalić. Oczywiście przez czyny, nigdy nie należał do tych co się chwalą byle czym przez same słowa.
                              Jacques usłyszał w tle jakąś kobietę. Domyślał się, że na statku znajduje się jeszcze kilka osób. Nie wiedział niestety jakiej wielkości jest okręt i ile jest na nim ludzi. Aktualnie znał tylko to małe pomieszczenie, którego zdecydowanie nie polubi i na pewno do końca życia będzie je źle wspominał.
                              — Co planujecie ze mną zrobić? Mam tu siedzieć dopóki ktoś mnie nie znajdzie czy jaki macie plan? Bo moment na porywanie księcia to wybraliście sobie tragiczny — czekając na odpowiedź, Jacques znalazł chwilę, aby poprzyglądać się szparom w nieszczelnych deskach. Żył w nadziei, że uda mu się zobaczyć jak wygląda reszta statku, ale niestety jedyne co ujrzał to kosmyki włosów jakiejś panny.

Warren

     Warren spotykał się czasem ze zdaniem, że przez jego ideologię jest okropnie łatwowierny. Zawsze kręcił wtedy głową, zapewniając wszystkich dookoła, że świetnie wie co robi. W jego słowa wierzyła tylko jedna osoba. On sam. Jak można się domyślić, bardzo często słono za to płacił. Nikogo pewnie nie zdziwiłaby więc historia o tym, jak zaraz po rozwiązaniu swojego zakładnika, poczuł parzący ból, który zalał jego policzek. Osunięcie szczęki spowodowało, że jego zęby zacisnęły się na dolnej wardze, przez którą po chwili także przepłynął strumień boleści. Z osłupieniem popatrzył na Jacquesa, czując w ustach metaliczny posmak. Prędko zmarszczył brwi i chwycił mężczyznę za blady nadgarstek.
- Typie, byłem na serio miły! - oznajmił oburzony. Zgrabnym, skupionym ruchem, odbiegającym daleko od jego dotychczasowej ekspresji, wykręcił rękę napastnika, przyciskając go do ściany. Natychmiastowe i skuteczne obezwładnienie. - A chciałem to odpuścić - mruknął pod nosem, na nowo oplątując nadgarstki Jacquesa. Dalej nie pochwalał tego sposobu, ale nie był pozbawiony szarych komórek. Najwidoczniej na obecną chwilę nie dało się inaczej. Zadbał jednak o to, by splot nie był tak silny, jak wcześniej. Jay przesadzał z zaciskiem liny. Była różnica, między plątaniną zaciśniętą na chama siłą a solidnym, dobrze skonstruowanym supłem. Mówił już, że jest mistrzem supłów?
     Oparł blondyna o ścianę i odsunął się od niego. Przetarł wargę, z której krople krwi zdążyły opaść już na brodę. Przeklął cicho pod nosem, siadając po turecku na ziemi, dokładnie na wprost swojego jak-sądził-jeńca-teraz-oprawcy. Spojrzał na niego, odrobinę nadymając policzki i krzyżując ręce na piersi. Ból dalej piekł zaczerwienioną część jego twarzy. Szczerze powiedziawszy, jakoś bardzo mu to nie przeszkadzało. Takie bitki na pokładzie były u nich na porządku dziennym. Chyba że wściekła była Lea. Ona jeszcze gryzła. Była jednak różnica, między bijatyką podczas małej sprzeczki a niespodziewanym atakiem kogoś, z kim próbujesz postępować najuprzejmiej, jak potrafisz. Może nie były to szczyty uprzejmości, jaką mógł znać władca, ale Warren naprawdę się starał!
- Niefajnie. Serio, niefajnie - znowu burknął pod nosem, odwracając twarz, zupełnie jak obrażone dziecko.
Próbował zrozumieć, co zrobił źle. Załatwił mu ciepłe powitanie, postanowił zachowywać się miło, naprawdę nie musieli być wrogami! Jasne, nie liczył na wielką przyjaźń z jego, jakby nie patrzeć, ofiarą, ale po co to całe nienawistne nastawienie. Przecież nie obrabował mu statku ani nic. Uh. Jedyna rzecz, której nienawidził bardziej niż ograniczanie jego wolności, to inni piraci, nierozumiejący jak działa ten biznes. Władca zdecydowanie jednym z nich nie był, więc...Chyba że... Nagle go olśniło. Jacques wyglądał na osobę, która nie znosiła braku kultury. Warrenowi wydawało się to logiczne. Więc jednym z błędów pirata musiało być... Nie przedstawienie się! Od razu się ożywił i zwrócił się ponownie w stronę mężczyzny. Oczywiście chciał mu dać znak, że dalej jest urażony jego aktem, ale drobny uśmiech wplątał się na jego piegowatą twarz.
     - Jestem Warren. Kapitan Warren. Raczej parę dni będziesz się razem z nami bujał, także, gdyby coś ci nie pasowało, wołaj Warrena - oznajmił, mrugając do niego jednym okiem. Szybko jednak pokręcił głową i na nowo przybrał obrażoną minę. - Poza sprawą liny. Już ci nie zaufam.
- Oj zaufa! - Nagle zza drzwi dobiegł ich kobiecy głos, pozostawiający w swoim brzmieniu typową chrypę. Warren gwałtownie odwrócił głowę i spojrzał na nieszczelne, stare deski. Wredna podsłuchiwaczka! Chwycił pierwszą, lepszą rzecz -  tak się składa, że był to kozak, leżący gdzieś nieopodal - i rzucił nią w drzwi. Huk wypełnił pomieszczenie, gdy but spotkał się z drzwiami.
- Wypad Lea! - odkrzyknął. Odpowiedziały mu śmiech i szybkie kroki, sugerujące oddalenie się intruza. - Ona tak zawsze. Przywykniesz. Zresztą to tylko na chwilę.
Próbował choć trochę podnieść na duchu Jacquesa. Nie chował długo urazy, mimo pieczenia, zdążył już o niej zapomnieć.