Do Jacques'a już dotarło z jakim typem rozmówcy ma do czynienia. Lekceważący, ten sławny "lekkoduch". Nie był fanem takich ludzi, ale może to przez to, że nigdy nie poznał ich za wielu?.. Sam nie był w stanie tego stwierdzić. Całe życie otaczał się poważnymi ludźmi, od czasu do czasu spotykał tych bardziej rozluźnionych, którzy więcej cieszyli się z życia niż inni. Właśnie takiego pamiętał Phillipe'a. Kogoś z podejściem całkowicie odmiennym od niego. Może właśnie to spowodowało, że obdarzył go takim silnym uczuciem? Przekonała go świadomość, że jest kompletnie inną osobą, z kompletnie innym podejściem do życia. Dobrze wspominał ich ucieczki z pałacu, aby posiedzieć tylko we dwoje w królewskich ogrodach, uciekając przy tym przed wściekłymi strażnikami. Strasznie za tym tęsknił. Prawdę mówiąc, to Jacques wręcz umierał z tęsknoty, ale nie dawał tego po sobie poznać. Nauczył się z tym żyć i do perfekcji opanował ukrywanie takich emocji. Jego ojciec zawsze powtarzał, że miłość czyni władcę słabym. Że uczucia osłabiają jego autorytet. Książę nie do końca się z tym zgadzał, ale uważał te słowa za mądre i brał z nich przykład. Za swoich prawdziwych nauczycieli nigdy nie uważał tylko ludzi, którzy przyjeżdżali z różnych stron Francji, aby nauczyć go pewnych umiejętności. Kształtowało go życie i ból, który mu zadano przez tyle lat.
Wracając do rozmowy, słowa Warrena tylko utwierdziły Jacquesa w przekonaniu z jakim ignorantem teraz rozmawia.
— Francja? Zniszczona? Nigdy nie potrafiłbym określić swojej ojczyzny takimi obrzydliwymi słowami. Francja od kilkuset lat jest rządzona przez wspaniałych władców i nigdy nie ośmieliłbym się nazwać ją "zniszczoną". Nie jest idealna, ale jest ogromnym mocarstwem, potęgą! Ech, zresztą, nie jesteś osobą, z którą chciałbym o tym rozmawiać. Byłeś kiedyś w stolicy? Pewnie nie, skoro mówisz takie okropne rzeczy. Nie będę zmieniać twojego rozumowania, im szybciej zasiądę na tronie tym szybciej je zmienisz — uśmiechnął się smutno. Nie był pewien czy kiedykolwiek jeszcze postawi nogę na lądzie. Nie mógł ufać słowom tego pirata, że to tylko czasowe rozwiązanie. Jacques próbował mieć w sobie jak najwięcej wiary, ale z każdą chwilą jej ubywało. Na pewno nie pocieszyło go to, że jego oprawca to wszystko nazwał "biznesem".
— Pfff, "biznes" — prychnął i odwrócił głowę od pirata. Wcześniej starał się patrzeć rozmówcy w oczy, ale czuł się za bardzo poniżony swoją aktualną pozycją i tym, że był związany. I rzucony na ziemię po swoim ostatnim buntownicznym akcie. Trochę się powiercił, chciał ułożyć się tak, aby chociaż trochę było mu wygodnie, ale stare, zimne deski, na których siedział nie ułatwiały mu zadania. Nie robiła tego też lina, teraz może i związana luźniej niż wcześniej, ale ciągle krępowała ruchy księcia. Zapewnienia Warrena trochę podniosły Jacquesa na duchu. W sumie to nie wiedział dlaczego, przecież kompletnie nie ufał temu człowiekowi, zresztą miał do tego dobre podstawy. W końcu go porwał, nie? Chyba, tak po prostu, potrzebował usłyszeć coś dobrego. Dobrego, biorąc pod uwagę sytuację w jakiej się znajdował, bo w jego porządku dziennym takie słowa nie były zbyt pokrzepiające.
— Wina, nie wiem, cokolwiek co tutaj macie, bo nie oczekuje alkoholu z wysokiej półki — odpowiedział na pytanie. Jak już proponują mu coś do picia, to skorzysta z okazji, aby choć trochę odpłynąć dzięki procentom, bo na trzeźwo nie jest w stanie tu wytrzymać.
— Nie narzekałbym też na wyjście z tego obskurnego pomieszczenia. Nie chce nawet wiedzieć ile czasu leżałem na tych obrzydliwych deskach. Nie wspominając już o tym, kiedy ostatnio zaczerpnąłem się świeżym powietrzem i widziałem jakieś światło. Bo niestety, ale trochę tutaj jest ciemno. Wiesz, od czasu do czasu muszę wyjść na zewnątrz, dobrze to służy mojemu zdrowiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz