Nie spuszczał wzroku z kapitana statku. Obawiał się, że zaraz zrobi coś kompletnie irracjonalnego, dlatego Jacques wolał mieć się na baczności i wszystko bacznie obserwować. Chociaż nie mógł zrobić za wiele ze skrępowanymi rękami, zawsze bycie czujnym mogło ocalić mu życie i zmienić ten stan rzeczy. Do tego głupi wyraz twarzy, jaki zrobił Warren po jego wypowiedzi, spowodował na jego twarzy delikatny uśmiech. Zrozumiał, że mężczyźnie nie idzie najlepiej rozszyfrowanie dłuższych wypowiedzi. Rozbawiło go to i zaciekawiło jednocześnie, bo rzadko kiedy miał do czynienia z takimi osobliwymi przypadkami.
─ Wydaje mi się, że w moim przypadku jest to zdecydowanie za dużo ─ zamruczał pod nosem na słowa kapitana. Nie podobało mu się, jak rudowłosy dość energicznym ruchem "pomaga" mu wstać. Oburzył się na tę sytuację.
─ Hej, może delikatniej! ─ krzyknął, gdy został wytargany na zewnątrz.
Przyjemny zapach morskiej bryzy dostał się do jego nozdrzy, a wiatr delikatnie targał jego zniszczoną już fryzurę. Rozpaczał na samą myśl o tym, że jego cudowne włosy, o które zawsze dbał będą musiały przeżyć, zapewne wiele dni bez pielęgnacji. Nie mówiąc już o fakcie, że pewnie cała załoga statku hoduje we włosach niezłą gromadkę robali czy innych wszy. Wzdrygnął się na samą myśl, ale szybko skupił się na przeanalizowaniu sytuacji, w jakiej się znalazł. Dookoła tak jak myślał, nie znajdował się nic poza rozlegającym się na wiele mil morzem, które o tej porze roku wyjątkowo zachwycało swoim błękitnym kolorem. Nie dane mu było zapatrzyć się w dłużej na morskie fale, gdy szybko zaatakowała go jakaś dziewczyna. Spoglądał na nią spode łba, gdy tylko zbliżyła się do fryzury Jacquesa przy okazji, zasypując go toną pytań, których nawet nie zdążył usłyszeć.
─ Pardon...? ─ powiedział do dziewczyny, szukając wyjaśnień. Żył w nadziei, że reszta załogi na statku okaże się bardziej rozumna niż sam ich kapitan. Jakim cudem ta banda idiotów mnie uprowadziła?, pytał się nieustannie w myślach, widząc to, co dzieje się na pokładzie.
─ Świetny wstęp, nie powiem, gustowny ─ zadrwił z rudowłosego. Naprawdę nie wiedział, co tu się dzieje.
Po chwili poznał nową osobę z całego zespołu. Najpewniej Enzo, dość nieśmiały jegomość, który wyglądał na niegroźnego, ale skutecznego awanturnika, zajmował się całą brudną robotą. Posłusznością dorównywał służącym w pałacu, co Jacques uważał, że komplement w kierunku mężczyzny. Gdy usłyszał słowo "rum", wzdrygnął się i spojrzał w stronę Warren'a.
─ Rum? Poważnie? Nie rozumiesz słowa "wino" czy jest z wami aż tak źle? Jak można pić to coś? ─ zaczął marudzić do końca. Skoro i tak pewnie już nigdy nie wróci do domu albo zginie w najbliższym czasie pod okiem tych bandziorów, to chociaż chciałby, żeby jego ostatnim chwilom towarzyszył smak ulubionego alkoholu. Akcja ze sterem też nie sprawiła, że cała załoga zyskała w jego oczach chociaż trochę autorytetu. Naprawdę chciał się ich bać, a jak na razie wszystko zapowiadało się być jakąś nieśmieszną komedią godnej Afraniusza.
Przepraszający uśmiech na ustach Warrena tylko bardziej zdołował Jacquesa. Był tak daleko od swojej ojczyzny, która potrzebowała go teraz bardziej niż kiedykolwiek, a oni robią sobie z niego jakieś jaja?
─ Chcecie pieniędzy, tak? ─ zaczął poważnym tonem. Był już wystarczająco zdenerwowany, zmęczony i wycieńczony. Niecodziennie cię porywają. ─ Zapłacę wam, ile chcecie, jak tylko wrócę do ojczyzny. Nawet nie wiedziecie co się teraz dzieje w stolicy, porwaliście mnie w okropnym momencie. Nasz kraj się wali bardziej niż kiedykolwiek ─ w jego głosie można było wyczuć smutek i pewien zawód.
─ Nie rozumiem was. Takie wspaniałe państwo jak Francja, daje wam tyle możliwości i piękna, kultury, a wy na to plujecie. To niepatriotyczne porywać swojego władcę, bo przypominam wam, ale gdyby nie fakt, że jestem tutaj, to najpewniej teraz byłbym koronowany! ─ wybuchnął zdenerwowany. Bał się o zamęt, jaki jego oprawcy właśnie wywołali w stolicy.
─ Sprowadzacie na naszą ojczyznę zgubę! Teraz w pałacu trwa samowola, ludzie nie wiedzą co robić, bo ostatni prawowity władca zaginął z dnia na dzień! Co jak pomyślą, że specjalnie uciekłem i zhańbiłem swoje imię!? ─ wypowiadając te słowa, zawahał się na moment. Faktycznie nie wziął tego pod uwagę, że ludzie mogą tak pomyśleć. Propaganda rządy wystarczy, żeby ludzie tak pomyśleli. Załamał się, bo w końcu zawsze chciał być uważany za autorytet, a nie tchórza.
─ Ile chcecie!?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz