poniedziałek, 9 listopada 2020

Warren

         Uwadze Warrena nie umknął fakt, że książę, czy może król, należał do naprawdę marudnych. Trudno było nie dojść do takiej konkluzji, gdy skazanym się było na słuchanie serii jego westchnień i jęków. Młody kapitan był szczerze zaskoczony takim odzewem. Rzeczywiście, został on przez nich uprowadzony, mógł przyznać, że tutaj władca trzymał się dobrego argumentu. Aczkolwiek piegus starał się, jak tylko potrafił, aby umilić mu to traumatyczne przeżycie. Nie oczekiwał od niego wielkiej wdzięczności, jednak liczył na to, że Jacques będzie, chociaż odrobinę mniej zrzędliwy. Doceni choć trochę jego miły gest i poczęstunek trunkiem. Trochę się przeliczył.

         Zrezygnowany spojrzał nieco zakłopotanym wzrokiem w twarz wyższego od niego mężczyzny.

     ─ Ta, no co zrobić? Ni kij nie wiem, do czego tam ten twój wyrafi..fi..finizowany, czy cokolwiek, język jest przyzwyczajony, ale na morzu to tego nie znajdziesz. Czas się cieszyć tym, co się ma ─ odparł, a była to jak na niego naprawdę wyczerpująca i staranna odpowiedź. Nie krył w niej lekkiego oburzenia, jakie się w nim budziło. Osobiście wręcz przepadał za rumem, uważał, że to świetny trunek. Nie miał co prawda okazji skosztować wielu innych alkoholi, ale w jego oczach nie umniejszało to jego zdaniu.

         Blady mężczyzna szybko jednak zmienił nastawienie, z zarozumiałego zrzędy w śmiertelnie poważnego pasjonata Francji. Jego słowa wywoływały w Warrenie małe znużenie, ale musiał przyznać, że sposób przemawiania ich zakładnika był imponujący. Elokwentny, wyniosły. Gdyby słowa były ostrzami, cała załoga byłaby już dawno przedziurawiona zachwycającymi szpadami. W pewnym sensie Warren czuł jakąś empatię. Współczuł mu, zupełnie szczerze. Widać było, ile znaczył dla niego ten kraj. Być może w końcu na tronie miał zasiąść jakiś odpowiedzialny, gotowy wysłuchać ludzi król. Z drugiej strony jednak nie potrafił pozbawić się obaw przed tym, że każdy z nich był taki sam. Wydawali się kochający i poczciwi, kiedy trzeba, jednak gdy ludzie umierali przez nędze na ulicach i błagali o litość, choć odrobinę pomocy, nagle stawali się zupełnie głusi na ich wołania. Dzieciaki wychowane w slumsach doświadczyły tego pierwszorzędnie. Nie mógł więc powstrzymać cichego prychnięcia. Błękitne oczy nie były już tak przyjazne, jak przed chwilą.

     ─ Plujemy? Teraz to poleciałeś ─ odparł z czymś, co było mieszanką rozbawienia, ale i irytacji. ─ Może jakby ta zakichana Francja jakieś trzy grosze dawała o dobro kogoś poza takimi bufonami, to ten, raczej by nas tu nie było. Także ciebie kochasiu tez.

       Poczuł, że to czas, żeby i on zrobił się trochę nadęty. W końcu piraci mieli swoje powody. Nie wiedli życia na morzu, z własnego widzi mi się. Oczywiście, Warren uwielbiał morską bryzę, niespokojnie kołyszące statkiem fale i przygody, jakie przeżywał ze swoimi dobrymi przyjaciółmi. Nie zmieniało to jednak faktu, że wcale nie była to łatwa wędrówka. To bitwa. Nieustanie walczyli o swoje ideały, zarówno w metaforycznym, jak i dosłownym znaczeniu tego słowa. Chcieli być wolni, pokazać światu, kim są, zamiast zostać z góry przekreślonymi i skazanymi na nędzną śmierć. A możliwości ucieczek z miejsca, w którym się narodzili, nie było wiele. Ich obecna rzeczywistość była jedną z nich. Mimo tego, taki pożal się boże władca, widział ich tylko, jako niewdzięczników uciekających z jego wyidealizowanej ojczyzny, zupełnie bez powodu. Dla zwykłej zabawy.

         Złość Jacquesa, tylko napędzała zirytowanie Warrena. Był gotowy mu wygarnąć, gdy wdarł się między nich głos rozsądku - konkretniej Jayden. Pirat ze skrzywdzoną blizną na nosie twarzą spojrzał na nich obu, jak na skłóconych nastolatków. Skarcił rudowłosego wzrokiem, potem przenosząc swoje spojrzenie na zakładnika. Był spokojny, ale nie brakowało mu ostrości.

     ─ Nie jesteśmy aż tak głupi. Tak szybko, jak zbliżylibyśmy się do lądu, pojmaliby nas i tyle z naszej zapłaty ─ skomentował szatyn, zastanawiając się, za jak bardzo naiwnych ma ich rozmówca. Kapitanowi zaczęło podobać się to, że Jay powoli akceptował myśl o tym, co zrobili. Albo raczej co zrobił lekkomyślny rudzielec. W każdym razie coraz więcej z nich najwidoczniej dostrzegało w tym korzyść. Wiedział, że tak będzie. ─ Gdzieś mamy to, co dzieje się teraz z krajem. Gdyby było inaczej, nie pływalibyśmy po morzu. Mamy zamiar wysłać list. Jeżeli twoim poddanym tak bardzo zależy na władcy, to zapłacą na naszych warunkach, w których nie dowiedzą się, kim jesteśmy. Potem wrócisz sobie do tej swojej Francji i będziesz robić, co tam tylko chcesz.

         Podczas mowy Jaydena, piegus co jakiś czas energicznie potakiwał głową, zupełnie, jakby był to jego własny plan. Jakby nie patrzeć, to on tchnął w sytuację iskierkę życia, dzięki której wszystko się zaczęło. Na końcu jednak, wraz z ostatnimi słowami Jaya, zapanowała między nimi chwila wrogiej ciszy. Nawet cały ocean zdawał się szumieć jakby trochę mniej. Patrzyli tak na siebie, aż nie usłyszeli głośnych, prędkich kroków, nieomal wywracającego się Enzo. Chłopaczyna ściskał w swoich rękach dwie, różne kształtami butle rumu.

     ─ Przyniosłem...um... ─ zaczął, szybko jednak zawstydzony zamykając usta, gdy przygniótł go ciężar ciszy, którą chciał przerwać. Patrzył jedynie wokół zdezorientowany, czekając na to, kto pierwszy zareaguje.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz